W myśl zasady, że konsekwencja jest lepsza od perfekcyjności i z uwagi na to, że publikacje na blogu w związku z gorącym czasem ostatnio, nieco się rozmyły, wracam z nieco lżejszym tekstem. Tekstem, w którym znajdziecie kilka rekomendacji na weekend w Polsce, odrobinę moich przemyśleń i znacznie więcej zdjęć. Zapraszam na weekend po Polsce!

Weekendowa wyprawa udała się, a podczas niej udało się odpowiedzieć na wiele palących pytań. Czy Polska jest ładna? Czy wszędzie dobrze ale w Krakowie najlepiej? Czy Międzygórze faktycznie wygląda jak austriackie wioski? Czy Arthas nadaje się na wspólne podróże i będzie potrafił zachować się w knajpie lub hotelu?

Wszystko zaczęło się w Świdnicy, w której to zjedliśmy posiłek (z pudełek o których niebawem przeczytacie na blogu), a następnie ruszyliśmy na spacer rozprostować nogi.

Po krótkim spacerze, lodach i podsikaniu przez Arthasa każdej atrakcyjnie wyglądającej ściany, ruszyliśmy w dalszą drogę do Międzygórza z planem odwiedzenia Srebrnej Góry. Wtedy jeszcze nie widzieliśmy, że to miejsce oczaruje nas tak bardzo. Dzisiaj marzy mi się kupno starego gospodarstwa i zamieszkanie w tych okolicach. To trzeba zobaczyć na własne oczy…

Do Międzygórza dojechaliśmy o zmroku. Mała miejscowość, sprawia wrażenie końca świata i minionej popularności. Dziś połowa atrakcji zamknięta, za to domy faktycznie podobne do tych alpejskich, a zaraz obok można podziwiać wodospad wokół którego została wytyczona specjalna ścieżka widokowa.

I tak zakończył się dzień 1. Dzień drugi za to rozpoczął się od śniadania w samochodzie zakupionego w „ulubionej” sieci sklepów Dino, która dla osób z małopolski jest prawdziwa atrakcją niedostępną na codzień 😛 następnie wyruszyliśmy do Poznania, gdzie spacerowaliśmy, jedliśmy rogale, spacerowaliśmy, szukaliśmy koziołków, spacerowaliśmy i w zasadzie to jeszcze więcej spacerowaliśmy.

Pod wieczór dojechaliśmy do Grabówna gdzie czekał nas drugi nocleg. Jak się okazało, było to jedno z lepszych miejsc w jakim przyszło nam gościć. Myśląc, że nie mamy śniadania, okazało się, że jest. I to jakie! Jajeczniczka, naleśniki, kołduny (pierwszy raz jadłem) itd. itp. Przemiła obsługa postanowiła nas obsłużyć jak pare królewska, a my tacy prości… 🙂
ps. Arthas dał radę i grzecznie towarzyszył w śniadaniu wzbudzając wybuchy radości i miłych słów wśród innych gości. Ach, gdybym ja miał taki wpływ na otoczenie…

Z Grabówna wyruszyliśmy prosto nad morze, które było głównym celem całego zamieszania. Na plaży jak to na plaży. Radości nie było końca, a pogoda pozwoliła nawet na obejrzenie całego wyścigu F1 nie zamarzając do kości.

Dzień zakończyliśmy jeszcze bajeczniej niż oba poprzednie. Pałac Byrsztynowy okazał się miejscem naprawdę magicznym!

Przed powrotem udało nam się zobaczyć Trzęsacz (dalej stoi – spokojna głowa) i zjeść rybkę nad morzem za grube miliony monet.

A po powrocie zostałem z myślą która nie daje mi spokoju… po co tyle tych bloków? Czemu od dolnego śląska po Pomorze nawet w najmniejszych miejscowościach znajdują się bloki…

To może zakończę klasykiem.