Pod koniec stycznia zacząłem kurs, który pochłania mnie i przez jeszcze długi czas będzie – całkowicie. Co ciekawe, ma to na moje życie wpływ zupełnie inne niż się spodziewałem. Nie chodzi tu o ilość dostępnego czasu, bo czułem, że tego nie zostanie mi zbyt wiele. Chodzi o to, że dni stają się identyczne. Poniedziałek, piątek, nie ważne. Będą się różniły tym czy pośpię 5 min dłużej i czy zamiast obejrzeć filmu na YouTube do śniadania, posłucham książki. A taki dzień wygląda mniej więcej tak.

 Wstaję 6:30/7:00, zależy jak zadziała na mnie budzik. Wstaję, ogarniam się szybko i zaczynam gotować wodę na kaszę. Interesujące no nie? Ale robi się coraz ciekawiej. Gdy tylko woda zacznie wrzeć – dorzucam kaszę i dosypuję soli! I to jest czas który mam na zjedzenie owsianki, 1 banan, łyżka masła orzechowego, trochę rodzynek, kawałek czekolady i 5-6 łyżeczek płatków owsianych, to zależy jak jestem głodny. Potem odkładam rzeczy do zlewu, kaszę dosypuję do kurczaka i warzyw, które przygotowałem wczoraj, i wrzucam na dno plecaka. 

 Wychodzę z domu, czekam na windę i przypominam sobie o lampkach do roweru. Wracam szybko do mieszkania, ale winy już nie ma. Czyli schody. Zbiegam z dziewiątego piętra, wsiadam na przemoknięty rower i w średnio przyjemnym deszczyku pomykam w stronę miejsca, gdzie chodzę na kurs.

 Za każdym razem czekam 15 minut przy torach, czekając aż dwa pociągi przejadą. Jeden – kierunek Przemyśl, drugi do Krakowa Głównego.  Widząc panią która wychodzi na minutę przed przyjazdem pociągu i potem wracającą w oczekiwaniu na kolejny, zastanawiam się kto wymyślił taki system? No ale nic. Wiem dobrze, że wracając czeka mnie to samo. Jadę dalej przez park na Nowym Kleparzu starając się wyminąć wszystkich wspaniałych przechodniów, którzy w większości słuchając muzyki starają się mnie zaskoczyć i w ostatnim momencie wchodzą pod koła. Póki co jestem sprytniejszy, ale czuję, że kiedyś kogoś tam trafię. Wyjeżdżając na przystanek za fortami mijam tą samą mamę odprowadzającą bliźniaki do przedszkola. Jeszcze ani razu nie widziałem żeby się kłóciły, dlatego chyba są nienormalne.

 No i dalej najwspanialsza trasa – Wrocławska. Ulica, gdzie jadąc, szczególnie nocą, czuję się jakbym grał w filmie o zombie. Pasy dla pieszych są jedne zaraz za drugimi, ale to za mało. Tą ulicę powinni pomalować na całej długości na biało czarne pasy wzdłuż drogi. Ludzie wyskakują pod koła zza samochodów, sklepików, koszy na śmieci, zdobywając metry powoli, ale uparcie. Jadę tu zawsze dwa razy wolniej niż normalnie i starając się wychwycić każdego przechodnia wcześniej, ale nie zawsze się da. Szczególnie, gdy jakiś całkowicie czarny Zorro postanawia z dwoma czteropakami przebiec przed tobą i wymijającym mnie nowiutkim mercedesem. Wspaniała przygoda! Filmy akcji przestałem już dawno oglądać. Powoli odchodzę od horrorów. Przecież ja to mam na co dzień na drodze.

 Po ośmiu godzinach nauki powrót wygląda podobnie, tylko jakby w slow motion. I pociąg inny jedzie bo tym razem są to dwaj przedstawiciele Kolei Małopolskich. Gdy już uda mi się dostać do domu, rzucam wszystko i staram się iść biegać, bo wiem, że później już w życiu się do tego nie zmuszę. Odrobina świeżego smogu nikomu jeszcze nie zaszkodziła prawda? Potem cały spocony, strasząc sąsiadów dostaję się do mieszkania, myję i smaże kurczaka i warzywa na dzień następny. Odrabiam zadania, jem kolację, jak starczy czasu raz sobie zagram, albo trochę poczytam. Potem ząbki i nyny. 

A teraz czas powtórzyć to, jeszcze raz! 


0 Komentarzy

Dodaj komentarz