*na końcu znajdziecie krótką relację fotograficzną z Arthasem w roli głównej podsumowującą pierwszy rok życia! 🙂

Dawno nie było tu nic o psie. A dziwne, bo od ostatniej „aktualizacji” moich poczynań związanych z przygarnięciem psiaka wydarzyło się bardzo dużo! Oj dużo więcej niż bym sobie życzył…

W zasadzie ostatni tekst poświęcony Arthasowi ukazał się ponad rok temu. Od tamtego czasu Arthas jest już poważnym „facetem”,  który zwiedził pół polski, poznał mnóstwo psich przyjaciół, zjadł kilkadziesiąt kup i kilka razy nie zauważył podczas wcinania gówien saren, które przechodziły mu koło nosa.

Jeszcze większym sukcesem jest fakt, że nie zjadł mebli w wynajmowanym mieszkaniu (prócz małej półeczki na buty), nauczył się zostawać na całe dni sam, a spacery zamiast co 3 godziny uskuteczniamy trzy razy dziennie. 

Witam, witam 😀

Gdyby jednak rzeczywistość faktycznie była taka piękna… Gdyby posiadanie psa to były tylko spacery, miłe rozmowy z innymi właścicielami psów i wspólne wylegiwanie się na kanapie. Niestety nie w przypadku Arthasa, z którego nie bez powodu śmieję się, że w dziczy to by sobie nawet dnia nie poradził. I od razu dodam – wierzę, że jedzenie by sobie znalazł, bo podczas spacerów nie przestaje mnie zadziwiać jego umiejetność brania do buzi wszystkiego co popadnie, ale jeśli chodzi o niezdarność…

Niedawno minął rok od kiedy Arthas zagościł w moim życiu, i przyszedł czas, żeby podzielić się z Wami 5 przygodami, dzięki którym mój weterynarz solidnie zarobił, a ja uświadomiłem sobie, że pies wcale nie jest takim bezusterkowym stworzeniem.

Historia 1 – drgawki i sikanie

Zaczęło się od wypadu na parku dla psów, z którego młody wrócił lekko oszołomiony. Do teraz nie wiem czy coś zjadł, czy polizał, w każdym razie jakieś dwie godziny po powrocie ze spaceru zaczął dziwnie się zachowywać. Miał drgawki, nie mógł ustać na nogach i co gorsza… sikał pod siebie non stop.

U weterynarza tradycyjnie skończyło się mną zastrzyku i jakiś tabletkach. Do dzisiaj nie mam pojęcia co to było… jednak widząc coraz to nowe newsy o tym jak jakieś poj**y wkładają igły do kiełbasy i zostawiają na wybiegach dla psów, lub podrzucają trutki, jestem prawie przekonany, że może to mieć jakiś związek z tą sytuacją i od tamtej pory tylko raz wybrałem się do braku dla psów… o czym później…

Historia 2 – spotkanie z żmiją

Po względnie spokojnej zimie przyszedł czas na ciepłą wiosnę i pierwsze spacery w rodzinnej miejscowości na łąki. Z jednego z nich Artas wrócił z niezłą niespodzianką dla swojego pana… Mianowicie głową dwa razy większą niż normalnie. Jak myślicie, co mógł zrobić Arthas pakujący wszystko jak leci do buzi? Dobrze! Młodego ugryzła w buzię żmija.

U weterynarza skończyło się na surowicy (pisałem o tym kiedyś już na blogu, ale nie do końca polecałbym ten pisany pod wpływem emocji tekst), a u Arthasa na braku wyciągania wniosków, bo już następnego dnia zabrał się za poszukiwania kolejnych żmij i ich nor. Jak możecie się domyślać, piękne spacery na łąki skończyły się na wczesnym etapie roku.

Historia 3 – nadgryzione ucho

Wyjazd na działkę pod Warszawą zapowiadał się spokojnie. Na działce obok dziadkowie z psem, z którym Arthas dogaduje się na codzień bardzo dobrze. I może to było kluczowe podczas tej całej historii, ponieważ podczas jednej z wycieczek do lasu, tak dobrze bawił się z koleżanką (Bajką), że ona w przypływie emocji odgryzła mu kawałek ucha.

Nie miałem pojęcia, że ucho jest tak ukrwionym miejscem, z którego krew wylatywała na wszystkie strony świata. Nie zdawałem sobie również sprawy, że założenie opatrunku w tak newralgicznym miejscu jest praktycznie niemożliwe (nie udało się u weterynarza, a nasze autorskie opatrunki z majtek również nie przynosiły rezultatu). Długa szyja Arthasa połączona z potrzebą uwolnienia ucha z opatrunku skutecznie radziła sobie z każdym typem wiązania, klejenia i usztywniania.


W tym przypadku jak widać weterynarz choć swoje kosztował to nie pomógł, a po kilku godzinach użerania sie z młodym stwierdziłem, że prościej będzie zostawić mu to na noc na wolności i kosztem poprawionej kołdry udało się przez noc na tyle zasklepić ranę, że następnego dnia już nie krwawiła.

Historia 4 – krosty

Kolejna wizyta w parku. Pierwsza od kilku miesięcy od ostatnich przygód opisanych w historii pierwszej. Arthas przez godzinę bawi się w najlepsze z koleżanką w psim parku (psią koleżanką rzecz jasna). Po powrocie do domu na całym ciele Arthas ma pryszcze. Duże krosty. Wyglądające niepokojąco. 

Tu przygody z weterynarzem ciągnęły się najdłużej, bo po pierwszym zastrzyku i szamponie przeciwgrzybicznym po kilku dniach znów stan się pogorszył. Kolejna wizyta u weterynarza to plan kolejnych 3 wizyt i próbowanie różnych metod, żeby dojść w ogóle co to za przyczyna (krosty nie były grzybiczne). Kurację jednak udało się zakończyć na serii trzech kąpieli w specjalnym szamponie (oj jak młody tego nienawidzi!).

Jak się później okazało, pies z którym bawił się Arthas, przed jego przyjściem tarzał się w błotnej kałuży i krosty były efektem syfów przeniesionych z kałuży na Arthasa podczas zabawy. Nie wiem jak koleżanka Arthasa, bo od tamtej pory psi park omijam szerokim łukiem (do tego wczoraj natrafiłem na poniższy film – skutecznie wybił mi z głowy kolejne wizyty).

Historia 5 – gorący asfalt

I wreszcie ostatnia z historii. Czy widzieliście kiedyś psa, który utykał na wszystkie nogi naraz? Przez moją głupotę i spacer w 30 stopniach po asfalcie nagrzanym kilkukrotnie bardziej, Arthas przypiekł sobie wszystkie stopy co skończyło się ogromym bólem przy normalnym chodzeniu nawet po mieszkaniu.

U weterynarza skończyło się tradycyjnie na zastrzyku i kilku tabletkach, a młody jest już zdrowy i pełen zapału do złapania kolejnej usterki…

To by było na tyle historii. Co czeka nas w przyszłości zobaczymy niebawem, a może się dziać, bo zachęcony przez prowadzących bloga https://makulscy.com/ marzy mi się podróżowanie po świecie z Arthasem na smyczy (lub na wolności, co by było o czym pisać w przyszłości na blogu 😀 ).

A teraz czas na kilka zdjęć…

Postaram się chronologicznie! PS. To ja Arthas, opowiem Wam jak mi minął rok!

Taki mały do Jaśka przyjechałem!

… choć uroczy!

to nie mogłem zrozumieć, czemu Jasiek wciąż mi nie ufa, i zamyka mnie w klatce jak gdzieś wychodzi… postawnowiłem dać mu nauczkę! 😀

na codzień jestem leniuszkiem…

…a od kiedy dostałem legowisko…

i okazało się, że mogę się pod nim przykryć, prawie się posikałem ze szczęścia! (nie żartuję)

ale pora wrócić do spraw poważnych! Lubię biegać 😀

… i skakać!

… oglądać mecze…

i przebierać się za mojego właściciela! 😀

lubię też czasem usiąść jak człowiek, a nie tylko leżeć i leżeć!

i myślę, że całkiem nieźle ustawiam się do zdjęć, co?


0 Komentarzy

Dodaj komentarz