Niedawno miałem okazje odebrać swoją siostrę z treningu narciarskiego i ku mojemu zdziwieniu zamiast uśmiechniętej dziewczynki przed sobą ujrzałem małego „slodziaka”, który ze łzami w oczach i lamiacycym się głosem wyznał…

„Jaś, bo ja to wole dostać od trenera zrypę, bo przynajmniej wiem co mam poprawić, niż słuchać ciągłych pochwał”. Uwierzcie, to zdanie nabiera dużego uroku kiedy wypowiedziane jest przez 11 letnia dziewczynkę. Wśród tego całego chuchania i dmuchania na dzieci w klubach, pojawiają się tez takie, które już w tym wieku wiedza dlaczego trenują dany sport. Ciekawe, szczególnie w dzisiejszych czasach kiedy dzieci coraz częściej trenują coś, bo rodzice je wysłali na dane zajęcia, a nie z własnej chęci. 

Do rzeczy

Jednak nie nad swoją siostrą chciałem się dzisiaj pochylić. Ona tylko pomogła mi zwrócić moja uwagę na bardzo ciekawy temat jakim są trenerzy. Po długich rozważaniach nad tym tematem postanowiłem obejrzeć film „Cud w Lake Placid” i już wiedziałem, ze musze podzielić się z wami moimi przemyśleniami. 

Moim zdaniem trenerzy dzielą się się na bardzo dużo pomniejszych kategorii, takich jak wchodzący w dupę rodzicom dzieci, grzecznych, agresywnych, dobrych, złych, doświadczonych, z brakiem doświadczenia, z wiedza, bez wiedzy, młodych starych, niskich i wysokich, ale dwie najważniejsze kategorie to:

  • surowy
  • łagodny 

I wiecie co? Podejrzewam, ze ilu ludzi na świecie tyle preferencji, ale ten blog, a konkretniej ten tekst jest tym co siedzi we mnie i ja uważam, ze łagodny trener jest do niczego. Choćby nie wiem jaką miał wiedzę, jakie podejście do zawodnika, jakie metody treningowe to prawdziwy sportowiec od czasu do czasu poprostu potrzebuje solidnego kopa w dupę. 

Może to co pisze jest kontrowersyjne, a może bardzo kontrowersyjne. A może bez sensu, ale długo zastanawiając się nad dzisiejszym tekstem dochodzę do wniosku, ze treningi z których najwiecej wyniosłem czy trenerzy pod okiem których najlepiej mi się trenowało to trenerzy surowi, nie owijajacy w bawełnę i nie próbujący z zawodnikiem się zaprzyjaźnić tylko pomoc mu stać się najlepszym. Uwagi właśnie takiego trenera pamietam do dzis (nie wspomnę o treningach). Nie mogę sobie za to przypomnieć jakiegokolwiek treningu z trenerem-sympatycznym. Cóż. 

Nigdy nie stałem się najlepszy w narciarstwie. Zawsze byłem średniakiem. Ale na treningach dawałem z siebie wszystko. I wiecie co? Nie dlatego ze mi jakiś goguś opowiedział jakim to jestem zwycięzcą czy jaki mam talent. Nie przez chwytajace za serce przemowy. Dawałem z siebie wszystko bo widząc na sobie wzrok trenera po pierwsze chciałem mu zaimponować, a po drugie wiedziałem ze jakiekolwiek obijanie się nie umknie jego uwadze. Po za tym krótkie „trzymaj” lub „jeszcze 30 sekund” trafia z odpowiednich ust do mnie dużo lepiej niż „no dawaj dawaj, jesteś super, to ćwiczenie nie pójdzie na marne, jeszcze chwileczkę! Szybko minie, trzymaj Jasiu”. 

Słowa wypowiedziane przez trenera amerykańskiej drużyny hokejowej przed igrzyskami olimpijskimi do których się drużyna przygotowywała i co pokazane zostało w filmie „Cud w Lake Placid” doskonale wpasowują się w moje postrzeganie jaki powinien być trener. „Nie mogę obiecać wam, ze będziecie najlepsi. Ale obiecuje wam ze będziecie mieli najlepsza kondycję”. Kiedy je usłyszałem po moim ciele przeszły ciarki. Ile ja bym dał żeby ktoś taki mnie trenował. Dla takiego trenera naprawdę można na jakiś czas zrezygnować z alkoholu, zabaw i innych przyjemności. Dla takiego trenera można poświecić kawał swojego życia. 

Życzę wszystkim trenującym wspaniałych trenerów. I pamiętajcie: trener jest od trenowania. Od poprawy samopoczucia jest rodzina, znajomi czy w cięższych przypadkach psycholog! 🙂

Kategorie: Życie

0 Komentarzy

Dodaj komentarz