Ostatni czas życia z psem obfituje w dużą ilość niespodziewanych sytuacji. Najpierw wycieczka, po której Arthas (w dalszej części tekstu nazywany młodym) kulał na jedną nogę, co przyprawiło jego właściciela o kupę stresu.

Następnie kleszcz w młodego genitaliach, który mimo profesjonalnego wyrwania, okupiony został dużą ilością nerwów, bo nie dość, że późno go zauważyłem, to jeszcze pędząc po przyrząd do wyrywania kleszczy, nieopatrznie trafiłem akurat na godziny dla seniora i musiałem przekiblować przed sklepem 40 minut pomimo ani jednego seniora, który choć na chwilę postanowiłby odwiedzić sklep zoologiczny…

Jednak apogeum zostało osiągnięte w ostatni weekend, a sprawcą zamieszania i mojego ogromnego oburzenia + wkur***nia był niejaki Edward (imię zostało zmienione). Pan Edward jest weterynarzem. Na codzień ratuje zwierzęta i bardzo je kocha, prawda?

Z tym, że gówno prawda. 

Pan Edward, do którego zdecydowałem się zadzwonić kiedy uświadomiłem sobie, że mój pies ma pysk dwa razy większy niż normalnie, i najprawdopodobniej został ukąszony przez żmiję podczas spaceru na łąkach, po odebraniu telefonu, mniej więcej tak pokazywał jak głęboko w dupie ma sprawę psiaka (ukoszenie w twarz bywa bardziej groźne niż w nogę dla jasności):

Ja: Dzień dobry, mojego psa ukąsiła żmija, ma spuchniętą całą twarz, czy mógłby mi Pan jakoś pomóc?
Weterynarz: Skończyłem pracę 3 minuty temu. Skąd Pan jest?
Ja: Z Krzyżowej
Wet: Wie Pan co, właśnie jadę przez Krzyżową, ale skończyłem pracę
Ja: Czy mogę jakoś pomóc Arthasowi? Coś mu podać? Czy może Pan jakoś pomóc?
Wet: Ja skończyłem pracę, teraz już nic nie pomoże
Ja: Ale jakoś mogę o niego zadbać?
Wet: No, teraz to już nie ma jak
Ja: A czy może Pan polecić jakiegoś weterynarza?
Wet: Ja Panu nikogo nie będę polecał, teraz wszyscy przez korona wirus pracują krócej i nikt Panu nie zorganizuje surowicy

Postanowiłem się rozłączyć. Takiego idioty, któremu obojętne jest to, czego ratowaniem w zasadzie zajmuje się na codzień, takiego buca dawno nie słyszałem. I żeby była jasność. Nie chodzi mi o to, że nie chciał mi pomóc mimo skończenia pracy. To rozumiem, ale ton jego głosu i węwnetrzna radość jaką dało się wyczuć kiedy mówił o tym jak bardzo jestem w dupie była czymś dziwnym.

Jak się skończyła cała historia?

Zadzwoniłem do 4 weterynarzy w Żywcu. Każdy odebrał, każdy miał surowicę, każdy powiedział, żebym przyjeżdżał i nie ma żadnego problemu. 

Postanowiłem napisać tą historię, bo dawno mnie tak nic nie wkurzyło. Już nie chodzi o mnie czy mojego psa, ale nie mogę pojąć, jak weterynarzem może być osoba, której tak nie zależy na zdrowiu zwierząt (dotychczas miałem zupełnie inne doświadczenia). Może sobie wmawiam, ale miałem wrażenie, że p. Edwardowi radość sprawia tłumaczenie i przekonywanie, że młodemu nie ma jak pomóc.

Nie bądźmy jak Edward.


0 Komentarzy

Dodaj komentarz