Fajnie jest w końcu odetchnąć świeżym powietrzem, przejść się, spacerować po naszych pięknych okolicach. I tak właśnie chodząc i zapuszczając się to bardziej w las, to gdzieś drogą asfaltową zauważyłem dosyć smutną rzecz, jaką jest przyzwyczajenie do wyrzucania śmieci gdziekolwiek można, byle nie do kosza. Idąc na pobliską przełęcz pobocze wręcz tonęło w śmieciach od butelek, styropianu, siatek, chipsów po całe worki ze śmieciami, które ktoś wrzucić w środek ciernistych krzaków. Jak to jest? Skąd to się bierze? Widziałem niejeden kraj, wiele wiosek, miast i nigdzie nie ma takiego zwyczaju jak u nas. Co to jest za pomysł? Z jednej strony wszyscy starają się wypromować swój region, pracują w branży turystycznej, prowadzą domy wypoczynkowe, uczą na nartach, są przewodnikami, czy po prostu mieszkańcami chcącymi dla tego miejsca jak najlepiej. A z drugiej strony jedząc coś wracając z Żabki odruchowo wrzucają śmieci w krzaki, do strumyków czy właściwie gdziekolwiek indziej. Gdyby tylko wrzucali to jeszcze pół biedy.

Razem z siostrą przez dwa dni wychodziliśmy z czterema workami na najbliższą przełęcz, z której widoki są niezwykle i jest to miejsce w które większość spacerowiczów się wybiera, w celu zebrania syfu leżącego dookoła drogi. Udało nam się zebrać około 50 kg śmieci, plastików kartonów, papierosów, butelek po najróżniejszych alkoholach itd. W czasie największej suszy w tym roku nie zabrakło nawet świeżych niedopałków papierosów w przydrożnej trawie. No dramat. Głupota totalna. Najwięcej trudu sprawiały śmieci które były na przykład przywiązane do drzewa (WTF?!), butelki naciągnięte na gałęzie, i wrzucone w największy gąszcz worki ze śmieciami. Bardzo miłym natomiast doświadczeniem było spotkanie ludzi po drodze, którzy zawsze dziękowali albo miło reagowali, nawet chęcią pomocy. Po sprzątnięciu całej trasy nie minęła doba a już idąc widzieliśmy kolejne armie paczek po papierosach i świeżo zostawionych śladach po super fajno kozackich melanżach, które się w lesie u nas odbywają. Co to za impreza bez zostawienia kilku butelek wina rozbitych pod drzewem i paru rzeczach świadczących o tym, że musiało być na prawdę grubo.

Podsumowując całą tę sytuację byłem pozytywnej myśli widząc, że w dwie osoby byliśmy w stanie ogarnąć taki kawał trasy. Co prawda, nie dochodziliśmy od drogi zbytnio, bo tam powstają mini wysypiska, których nie mielibyśmy szans uprzątnąć. Gdyby 10 osób z naszej pięknej wsi raz na miesiąc przeszłoby się z workiem zrobiłaby się ogromna różnica, która jestem przekonany, że ucieszyłaby dużą część mieszkańców. Wiem też, że szansa na to jest bardzo mała, ale nie trzeba podejmować takich radykalnych kroków, oj nie. Wystarczy nie wyrzucać tego syfu. To jest takie proste. Zaczynając od jednego niedopałka, buteleczki, w ciągu dnia tworzy się przy drogach niezwykłą wystawę „Śmieci Świata”, którymi jesteśmy wszyscy, którzy tu mieszkamy. Czy to takie fajne? Widocznie tak, skoro lata mijają, a nasz przydrożny rezerwat przedmiotów zaginionych stale się powiększa o nowe okazy.

Przy okazji korzystając z wolnego czasu polecam bardzo „Naszą planetę” 🙂


0 Komentarzy

Dodaj komentarz