Ci co mnie znają, wiedzą, że polską piłką nie tylko się interesuję, ale i namiętnie oglądam w każdy weekend od nastu już lat. Wiecie więc, że to co dzisiaj napiszę nie jest tekstem pisanym na fali krótkiego zainteresowania, a bardziej na bazie ponad połowy życia śledzenia piłki nożnej w polskim wydaniu. Zainteresowania nie tylko sprzed telewizora, ale często i z trybuny dla najzagorzalszych kibiców. 

Ostatni czas był jednak dla mnie kibica Wisły Kraków bardzo ciężki. Wraz z katastrofalnymi wynikami drużyny, skusiłem się i przeczytałem w kilka godzin reportaż Szymona Jadczaka „Wisła w ogniu”, czyli krótka historia o tym jak bandyci okradali Wisłę Kraków. Nie wiem, która z tych rzeczy w większym stopniu pchnęła mnie do tego o czym przeczytacie w drugiej części tekstu, wiem natomiast to, że wczorajsza porażka Wisły Kraków ze Śląskiem (to już 8 z rzędu!), do tego stopnia mnie rozbiła, że wolałem za napisanie tekstu zabrać się po jednym dniu ochłonięcia.

Jednak do sedna. 

Podążając za dwoma dziennikarzami, którzy są dla mnie odkryciem ostatnich tygodni, postanowiłem więcej pomyśleć nad kwestią jakości w piłce nożnej. Jak to jest, że mimo tego, że w swoim życiu wybory podejmuję zazwyczaj na podstawie jakości, ja dalej jestem w stanie oglądać mecze Wisły… Jak to jest, że mam iPhone’a i nie wyobrażam sobie mieć Samsunga, bo nie zniósłbym tego w moim odczuciu dziadowskiego oprogramowania? Jak to jest, że nie oglądam „Korony Królów”, bo w tym czasie mam dostęp do setek innych lepszych seriali? Jak to jest, że przez większość życia wolałem nie mieć samochodu, niż mieć używanego grata drżąc o swoje życie przy każdym ostrzejszym hamowaniu?

Tak to jest, bo w życiu wolę to co dobrej jakości.

Więc jak to do CHOLERY jest, że mając do wyboru oglądanie ligi hiszpańskiej, angielskiej, francuskiej czy niemieckiej, ja dalej oglądam naszą poczciwą ekstraklapę z Wisłą Kraków w roli głównej? Do niedawno się oszukiwałem, że AS Monaco po sezonie w Lidze Mistrzów także w kolejnym sezonie wylądowało w strefie spadkowej, ale to już nie wystarcza. Wczoraj miarka się przebrała. 

Obejrzałem wszystkie OSIEM meczy, podczas których ładnych i składnych akcji zobaczyłem tyle co ma doświadczony drwal palców u rąk. Nie wiem jak dałem radę, ale wczoraj podczas meczu ze Śląskiem coś we mnie pękło. I co ciekawe nie były to kolejne puszczone gole i porażka. Bardziej brak chęci do gry, walki i chyba umiejętności. A do tego co 10 sekund faul, który sprawiał, że tego meczu się po prostu nie dało oglądać!

Kochani. Do wczoraj, kiedy miałem wybór obejrzeć Manchester United, czy Wisłę, mój wybór był oczywisty. Od dzisiaj, do końca grudnia jednak już taki nie jest. Podejmuję kroki, które moim zdaniem są nie tylko wynikiem wkurzenia się i w pewnym sensie obrażenia na Wisłę. Myślę, że są przede wszystkim wynikiem szacunku do samego siebie. Do swojego czasu i do chęci oglądania tego co dobre jakościowo i widowiskowo.

Na czym polega mój miesięczny detoks?

Od dzisiaj do końca roku przestaję obserwować jakiekolwiek newsy związane z Wisłą Kraków, śledzić plotki transferowe, wspierać Socios Wisła, ale przede wszystkim do końca roku podejmuję wyzwanie „NIE OBEJRZĘ MECZU WISŁY KRAKÓW DO KOŃCA ROKU”. Ominie mnie pewnie z pięć meczy, więc łatwo nie będzie. Mam jednak nadzieję, że to doświadczenie pozwoli mi nabrać pewnego dystansu do kibicowania na naszym polskim podwórku. Że pomoże mi stać się bardziej krytycznym wobec tego co się dzieje i nauczy mnie być kibicem potrafiącym jasno i wyraźnie powiedzieć: „nie, nie zgadzam się, na oglądanie takiego futbolu”.

Wisło – widzimy się w styczniu! 

ps.
co ciekawe już kiedyś udało mi się wysmarować kilka tekstów związanych z kibicowaniem Wiśle w ciężkich momentach (jak i tych lepszych). Jeżeli jesteście ciekawi to zachęcam, szczególnie do pierwszego:
1. https://oczamistudenta.wordpress.com/2016/03/01/dlaczego-ja-to-robie/
2. https://oczamistudenta.wordpress.com/2016/05/15/sa-pewne-granice/
3. http://www.vitingi.pl/jestem-szczesliwy/


0 Komentarzy

Dodaj komentarz