Kryzys polityczny w Belgii, przypadający na lata 2007–2011, był tamtejszym okresem niestabilności. Wywołały go sprawy związane z reformą państwa oraz dylemat, czy rejon Brukseli Halle-Vilvoorde powinien być jednym okręgiem wyborczym, czy zostać podzielony na dwa. Po wyborach w 2007 roku musiało upłynąć 196 dni negocjacji, zanim zdołano stworzyć koalicję. Po wyborach 2010 roku zadanie to zabrało już 541 dni. W trakcie negocjacji różni belgijscy politycy przewodniczyli dyskusji, występując w wielu rolach politycznych. Bart De Wever z Nowego Sojuszu Flamandzkiego przewodniczył obradom w okresie od 17 czerwca 2010 do 8 lipca 2010 roku w roli informateura. W Belgii tytuł formateur jest używany na oznaczenie osoby, która prowadzi negocjacje w sprawie zawiązania koalicji rządowej. Zadanie informateura polega na prowadzeniu rozmów wstępnych, które położą podwaliny pod przyszłą rolę formateura.

Po De Weverze Elio Di Rupo z Partii Socjalistycznej został preformateurem, czyli człowiekiem, który również przygotowuje pole formateurowi, ale nie jest informateurem ze względu na to, że może on zostać formateurem, a nawet samym premierem (a informateurzy są zwykle uważani za aktualnych lub potencjalnych pomocników formateura). Di Rupo przewodniczył rozmowom do 3 września 2010 roku, kiedy to został zastąpiony przez Danny’ego Pietersa i André Flahauta, którzy piastowali urzędy przewodniczącego Senatu i przewodniczącego Izby Reprezentantów. Łącznie określano ich mianem mediatorów, zamiast nazywać formateurami, informateurami lub preformateurami. Gdy 5 października 2010 roku rozmowy zakończyły się fiaskiem, De Wever ponownie objął przewodnictwo nad negocjacjami, jednak tym razem nie nazywano go informateurem, ale clarificatorem. Od 21 października 2010 do 26 stycznia 2011 roku mediatorem był Johan Vande Lanotte i rozmowy toczyły się w dalszym ciągu.

 

Teraz nikt mi nie zarzuci, że moje artykuły niczego was nie nauczą. A teraz mogę się jak co jakiś czas poużalać. Tym razem skupię się na busach, które z mojej wsi dojeżdżają aż do Krakowa, za co im jestem niezwykle wdzięczny bo nie wiem kto wpadł na pomysł, żeby zacząć linię w takiej dziurze, choć jak już napisałem bardzo mi się to podoba, że wychodzę przed dom wsiadam do busa i bez przesiadek aż do miasta królów polskich dojadę.

Wszystko byłby super, nawet na dwie godziny ponad dojazdu nie narzekam, ale nie rozumiem dlaczego od lat kierowcy mają tu problem z ogrzewaniem. I nie chodzi o to, że nie działa. Bo działa. Powiem więcej, działa bardzo dobrze. No i właśnie. Za dobrze. Zawsze jak dojeżdżałem do celu byłem już w samym ale przepoconym podkoszulku, zazwyczaj mając za towarzysza osobę, która ma ten sam problem, więc jedyne co to przez ostatnie kilometry wymienialiśmy się przerażonymi spojrzeniami.

Ale coś się zmieniło ostatnio. Kierowcy znaleźli rozwiązanie a ten problem. Od pierwszego przystanku grzeją busa ile maszyna dała i dobrze, bo pierwsze kilometry jedzie się jak w lodówce. W momencie kiedy temperatura osiąga niepokojąco wysoki pułap i wszyscy już dawno pozbyli się kurtek i czapek, zaczyna się. Najpierw gorące powietrze przestaje uderzać z grzejników ku radości wszystkich stłoczonych pasażerów, ale nie trwa ona krótko. Przecież zbyt ciepło więc co kierowca powinien zrobić? Oczywiście wpuścić chłodne powietrze, właściwie lodowate powietrze, aż temperatura spadnie do paru stopni. Nie rozumiem tylko dlaczego przy tym procesie korzystają z klimatyzacji, a nie okien, przecież na zewnątrz jest temperatura poniżej zera! Ale spokojnie znalazłem rozwiązanie tej zagadki, otóż na co drugiej szybie widać było napis: “Szybę stłuc młotkiem”, no i ten ważniejszy dla nas, “Pojazd klimatyzowany, prosimy nie otwierać okien”.  Także super.

I popatrzcie jak fajnie. Dowiedzieliście się dziś tyle ciekawych rzeczy o tym, jak funkcjonowała polityka w Belgii oraz jak kierowcy dbają o nasz komfort w czasie przejazdu! Same przydatne rzeczy 😀

 

 

Kategorie: Życie

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder