Dumny i szczęśliwy. Właśnie tak się dzisiaj czuję. Nie adoptowałem psa, nie uratowałem jeżyka przechodzącego przez drogę i nie przelałem całych oszczędności na Radio Maryja. Wziąłem za to udział w pewnym wydarzeniu o którym dzisiaj kilka słów.

Nie chce mi się za bardzo rozstrząsać jak było blisko tego, żeby Wisła Kraków upadła, a na ile to tylko przesadzone opinie dziennikarzy sportowych i fanów. Nie będę także tłumaczył z jakiego bagna właśnie wychodzi (i jak wspomina Błaszczykowski – wystaje dopiero głowa, więc bajecznie jeszcze nie jest). Fakt jest jednak jeden: Wisła Kraków jeszcze dwa miesiące temu mogła przestać istnieć.

Wczorajszy mecz z Legią Warszawa przesądził o tym, że muszę się z Wami podzielić tym jak jestem szczęśliwy. 

  • Jestem szczęśliwy, bo… nareszcie Wisła stanowi całość. Odeszli nomadzi chodzący od klubu do klubu w celu wzbogacenia się. Zostali (trochę dzięki Kubie) zawodnicy, którzy za Wisłę nareszcie potrafią gryźć murawę przez cały mecz. Błaszczykowski, Wasilewski, Drzazga, Burliga (choć drewniany), Pietrzak czy Lis. Doskonały przykład ile można nadrobić ambicją i zgraniem nad zespołami, które umiejętnościami są często na wyższym poziomie.
  • Jestem szczęśliwy, bo… Wisła ma w końcu trenera, który serce oddał za klub. Który cieszy się szacunkiem wśród piłkarzy, bo jest legendą tego klubu, ale także jest trenerem, który ma ogromne zaufanie wśród właścicieli Wisły. Marzy mi się, żebym te słowa mógł tak samo napisać za rok, dwa i więcej…
  • Jestem szczęśliwy, bo… na Wisłe zaczęli przychodzić kibice. Dwa mecze z rzędu przy całym stadionie (na ostatnim z Legią 33 000 kibiców) to prawdziwe rekordy. Doping całego stadionu, przyjazna atmosfera, całe rodziny na meczach. O taką Wisłę dużo robiłem!
  • Jestem szczęśliwy, bo… miałem okazję pierwszy raz zobaczyć meksykańską falę na stadionie Wisły. Dla mnie jest to znak, że idą dobre czasy. Na Wisłe chodzę od lat, ale takiej fiesty jeszcze nie widziałem. Takiej zabawy i „młyna” i „pikników”. To jest właśnie to co sprawia, że ten stadion może być zapełniany częściej niż raz na sezon! 
  • Jestem szczęśliwy, bo… piosenki na meczach to już nie tylko przekleństwa. Bo potrafimy bawić się kulturalnie. A jeśli chodzi o kulturę, to Wisła nie tylko odkrywa nowe możliwości dla klubów z ekstraklasy, takie jak społeczne finansowanie czy inwestowanie. To także takie niuanse jak zapoczątkowanie tradycji śpiewania na koniec meczu piosenki przez cały stadion nie związanej ze światem kibicowskim. Uwierzcie, widok pełnego stadionu, odpalonych latarek w telefonach i piosenka „chłopaki nie płaczą” śpiewana przez cały stadion (nawet tych „bandziorów” jak się ich często nazywa z młyna) jest nie tylko dużym przeżyciem. Jest kolejnym dowodem na to, że idzie nowe… lepsze…
  • Jestem szczęśliwy, bo… nareszcie są wyniki. Wygrana z Cracovią przy pełnym stadionie. Wygrana z Legią. W obu meczach dużo strzelonych bramek. Obie po dobrej grze. Czego chcieć więcej? Zespół, który w przypadku przetrwania, miał walczyć o utrzymanie w lidze, okazał się zespołem mierzącym znacznie wyżej. Ale nie zapeszam!
  • Jestem szczęśliwy, bo… w rodzinie nadal przoduje Wisła. Choć wpływy legijne taty są duże, to cieszy fakt, że pomysł wyjazdu na Legię nie był mój. Był pomysłem mojej 11-letniej siostry, której zdarza się Wisełkę oglądać w telewizji nawet jak mnie nie ma w domu! Oczywiście pozostają jeszcze wpływy Franka i jego Lecha, ale to temat na osobny artykuł 😀
  • Jestem szczęśliwy, bo… w trakcie meczu z Legią mieliśmy miejsca koło grupy kibiców z holandii, którzy potraktowali ten mecz jako pewnego rodzaju ciekawostkę oglądając na telefonie równocześnie mecz Ajax – PSV, który podejrzewam był dla nich znacznie ważniejszy. Dlaczego jestem szczęśliwy? Bo widok ich będących pod ogromnym wrażeniem jak u nas się przeżywa mecz, jaki jest doping, jakie podziękowania jak Kuba schodził z boiska i jak kibice długo świętują po końcowym gwizdku był fantastycznym przeżyciem. Choć zdaję sobie sprawę, że mogło być zupełnie odwrotnie. Mogliśmy przegrać, siedzieć cały mecz i w ciszy opuścić stadion. 

Cieszę się, że dobrze się dzieje. I choć były race i kary się ponownie posypią, to uważam, że nic lepszego nie mogło Wisły spotkać jak zwycięstwo przed pełnym stadionem, 4:0, fala meksykańska, kulturalny doping, racowisko i ładna pogoda. Jestem w stanie zgodzić się z osobami, które mówią, że na frekwencji na kolejnych meczach zaważył nie wynik dzisiejszego meczu, ale właśnie cała ta otoczka i atmosfera piłkarskiego święta, którego w krakowie tak długo nie było…

Kategorie: Rozrywka

Dodaj komentarz