Dobry. Bardzo dobry. Chociaż nie wiem, bo do tej pory po trasie jaką wykonałem starą kolarką Romet nadal nie jestem w stanie usiąść i wszystko robię w półprzysiadzie. Także czy taki dobry to musiałbym się zastanowić. Chociaż udało się. Dojechałem. 48 kilometrów, które myślałem, że będą przyjemną przejażdżką z Lanckorony do Krakowa na nowym rowerze, po ładnym asfalcie w gorącym słońcu medytując nad życiem.

Słońce było. Z asfaltem nieco gorzej, ale tak szczerze to najbardziej zawaliłem z tym, że nie wziąłem wody, co spowodowało że ostatnie kilometry przed domem były całkiem niezłym wysiłkiem. Ale może od początku.

Drogę musiałem przejechać, żeby w końcu przetransportować rower do Krakowa. Pomysł świetny, tylko jeszcze nigdy nie jechałem na kolarce, w której non stop trzeba mieć dość agresywną postawę. Nie zdążyłem się przyzwyczaić a już za pierwszym zakrętem spotkałem chyba najostrzejsze zjazdy po jakich jechałem, także niezły początek, tym bardziej, że na miałem na sobie plecak który nie dość, że był niezwykle ciężki, to w środku wiozłem komputer, aparat i inne ważne dla mnie rzeczy, co powodowało niezwykły stres przy każdym zachwianiu, a i dodatkową prędkość przy licznych zjazdach w dół. Także już na starcie prawie spaliłem hamulce.

Ale to tylko początek. Zaraz po paru dość szybkich i niekontrolowanych zjazdach i wielu postojach, aby kontrolować trasę i nie zgubić się w jakiś małych wioskach, wpadłem na całkiem ostry, ale przede wszystkim długi podjazd, przed którym oczywiście też się zatrzymałem sprawdzając czy na pewno muszę na to wjeżdżać. Musiałem. I oczywiście stwierdziłem, że to idealny moment sprawdzić przerzutki, które zmieniłem jak się okazało nie na lżejsze a na cięższe, także w pocie i bólu pokonałem jak idiota górę na najwyższych przełożeniach podziwiając rosnący sznur samochodów za plecami.

Zobaczyłem koniec wzniesienia i zachwycony na rowerze bez amortyzatorów i plastikowym siodełku bez pokrowca zacząłem zjeżdżać bo starym i podziurawionym asfalcie na dość przyzwoitej prędkości w dół. Minęła chwila przestałem czuć swoje cztery litery, i myślałem, że gorzej już nie będzie i na spokojnie mogę mknąć dalej. No i właśnie wtedy poczułem ręce. Oj jak strasznie bolały, kierownica szalała na lewo i prawo na każdym wyboju a to wszystko starałem się utrzymać za wszelką cenę przy akompaniamencie rozwalonego dzwonka, który od samego początku dawał o sobie znać, ale teraz nadawał szybciej niż karabin maszynowy, a dźwięk był tak irytujący, że wszystkie pobliskie psy stwierdziły, że trzeba coś z tym zrobić, co spowodowało że przyspieszyłem i to bardzo dysząc jeszcze głośniej niż dzwonek, co musiało całkiem śmiesznie wyglądać.

Na szczęście dzięki tej sytuacji nie sprawdzałem mapy i znalazłem się na rowerówce do Krakowa dużo szybciej niż myślałem. Piękna, asfaltowa droga, mosty, widoki. Wspaniała droga! Jak się domyślacie do czasu. Skończył się asfalt i dalej jechałem wałem wśród spacerowiczów w małej błotnej koleinie, na której skakałem na pewno nie bliżej niż Eddie Edwards, były słynny angielski skoczek. Moja jazda skończyła się po tym jak wjechałem w las i okazało się, że trasa zamienia się w 100 metrowy górski szlak, także wspinaczkę z kochanym rowerem również udało mi się zaliczyć. Nie wiem skąd znalazłem się pod klasztorem w Tyńcu, gdzie nie byłem nigdy w życiu także całkiem fajnie. Ale nie tylko dlatego zapamiętam to miejsce, bo właśnie tutaj na oczach wielu ludzi w restauracji nie udało mi się przejechać błotnej kałuży i i rower i ja straciliśmy swoje pierwotne kolory.

I gdy już miał być koniec i dojeżdżałem do domu, ostatnia górka, ostatnia myśl, a może teraz spróbuję z przerzutkami coś podziałać? Nie muszę chyba opowiadać jak to się wszystko skończyło, ale koniec końców do domu dojechałem. Szczęśliwy, brudny, zmęczony, głodny ale też i dumny.

Szkoda mi tylko, że przez jakiś czas na pewno nie skorzystam z tego środka transportu, bo na razie siedzenie nawet siedzenie na krześle sprawia mi problemy 😀

 

PS: Zdjęcia moje własne z tej wycieczki 😛


0 Komentarzy

Dodaj komentarz