Moje niezwykle bogate doświadczenie kulinarne, jak ostatnio zauważyłem, opierało się na umiejętności przygotowania jajecznicy, księżyców, makaronu z prostym sosem na słodko lub słono, dlatego też postanowiłem upiec pierwszego mielonego w życiu.

Z początku szło łatwo – krojenie cebuli, rozdzielanie jajek, żodyn problem. Wszystko szło jak bułka z masłem, ale czułem, że coś zbyt dobrze mi idzie. Po rozgrzaniu patelni uformowałem z mięsa starające się niezdarnie przypominać owal kawałki, o idealnej, jak mi się wydawało, grubości. No i zaczęło się smażenie.

Nie wiedziałem jak sprawdzić, czy mięso w środku jest dobre, dlatego powoli odkrajałem kawałki ze wszystkich stron, żeby zajrzeć do środka i sprawdzić, czy nie jest już różowe. Pierwsza partia skończyła jako malutkie czarne drobinki, z których mniejszych mi się już zrobić nie udało. Ale nie poddawałem się.

Doszedłem do wniosku, że przedobrzyłem z grubością i zrobię teraz trochę cieńsze. Od razu szło lepiej. Dużo lepiej. Aż tak bardzo, że przy pierwszej analizie było czarne na wskroś i niestety nie udało mi się z tego nic odratować. Głód na szczęście motywował mnie do dalszego działania, szczególnie, że kasza gryczana, którą zacząłem wcześniej gotować będąc pewny swoich umiejętności, zupełnie wystygła.

No i wiadomo nadeszła próba trzecia. Nie brałem jeńców. Dolałem oleju tak, że mięso się trochę podtapiało, i w końcu udało mi się osiągnąć stan idealny, czyli taki, w którym wierzch był na tyle czarny, że dało się zjeść, a środek na tyle nie różowy, żeby nie mieć problemów żołądkowych.

W każdym razie cały zdrów przebrnąłem przez swoje pierwsze mielone i przyznam szczerze, przez jeszcze długi czas nie zabiorę się za takie cuda, zostając przy cieście czekoladowym z proszku, i najlepszych ciastkach na świecie – księżycach polanych lukrem.


Dodaj komentarz