Miejsca

Ísland vol. 1

  Dwa ostatnie tygodnie miałem szczęście spędzić w miejscu do którego zawsze chciałem pojechać i o którym do znudzenia pisałem na tym blogu – na Islandii. Wiedziałem, że będzie to przeżycie, które zmieni mój sposób myślenia i pokaże kulturę całkiem odmienną od tych, które poznałem w różnych krajach Europy do tej pory. Kraj w którym gęstość zaludnienia wynosi 3,2 osób na kilometr musi zaskoczyć swoją dzikością i odmiennością. Nie dam rady opisać wszystkiego co zobaczyłem i przeżyłem dlatego postanowiłem przedstawić rzeczy, które mną wstrząsnęły,, zdziwiły mnie, rozbawiły czy jakkolwiek inaczej mocno utarły się w mojej pamięci.


 Alimenty na owce

 Zwierzęta na Islandii znajdują się na prawie każdym polu, bez żadnego ogrodzenia, pasterza, czy czegokolwiek co by się nimi zajmowało. Chodzą sobie gdzie chcą, to nad rzekę, to po lepszą kępkę trawy, czasem pod jakiś wodospad, małe jagnięta biegają jak głupie tarzając się w trawie i ścigając jeden drugiego. I właśnie przez to bardzo łatwo taką owieczkę czy baranka potrącić przez za szybką jazdę po wyludnionym terenie. I aby wzmożyć uwagę kierowców prawo nakazuje by po wypadku z takim zwierzęciem natychmiast skontaktować się z właścicielem (a to może być bardzo ciężkie czasem bo nikt w promieniu wielu kilometrów nie mieszka), a jeżeli kierowca odjedzie i postara się ukryć sprawę, będzie zmuszony płacić mu alimenty równe zyskowi jakie by otrzymał z posiadania tejże owcy. Są na tyle wysokie, że zazwyczaj ludzie dokładają wszelkich starań by się z nim skontaktować. Dzięki temu znacznie też zostało zwiększone bezpieczeństwo na drogach, bo nawet gdy policja nie stoi i nie sprawdza prędkości, mało kto przekracza prędkość o zbyt wiele kilometrów.

Jetlag

 Nie ważne gdzie podróżowałem, nawet gdy nie było zmiany czasu miałem w zwyczaju żartować o tym, ile to czasu nie potrzebuję, żeby się dostosować, bo mam jetlag. Pierwszy raz w życiu nie musiałem żartować. Nie dość, że czas został cofnięty o dwie godziny w stosunku do naszego, ale to nie miało dużego wpływu, to do tego non stop było jasno. Non stop. Tak bardzo non stop, że jak się budziłem w nocy, czasem 1, czasem 3, zawsze było jasno i nie wiedziałem czy mam wstawać i się zbierać czy dopiero co zasnąłem, czy właściwie co się dzieje. Jedyne co utrzymywało mój rytm dnia to Quizzpy, na które codziennie o stałych dwóch porach staraliśmy się coś tam wygrać, bez skutku, ale chociaż pomagało ułożyć dzień.

 Pustkość

Pomijając większe miasta i różne bardziej znane atrakcje turystyczne – nie ma ludzi. Nawet jak jest jakieś miasteczko, wieś – wszyscy są schowani, skryci. Place zabaw stoją puste, nikt nie idzie po chodniku, bo właściwie ich nie ma – wszędzie dojeżdża się samochodem. Co  wszyscy ludzie cały czas robią, nie wiem. Ale byłem w szoku, gdy dowiedziałem się jaki problem tutejsi ludzie mają z wszelkiego rodzajami narkotyków, dopalaczy i tym podobnych. Spowodowane jest to w dużej mierze bardzo popularną na wyspie depresją, na którą choruje znaczna część mieszkańców, dla których najlepszym lekarstwem jest podobno wyjazd do ciepłych krajów na nieco dłuższy czas.

 Fajnym doświadczeniem jest też zobaczenie tak wielu niezwykłych miejsc, w których nie było nikogo lub ledwie parę turystów, dzięki czemu dało się bardziej wczuć w klimat cudownych miejsc, które zachowały swoją dzikość i niedostępność, czyli to, czego nie znajdziemy już raczej poza Islandią w innych częściach Europy.

  Wodospadów jak mrówków

 Z racji tego, że być może była to nasza jedyna podróż do tego kraju, trzeba było oczywiście zobaczyć wszystko co damy radę, a że Islandia słynie z wodospadów to mieliśmy ich na liście dużo. Bardzo dużo. Największy w kraju. Ten, przy którym kręcili “Prometeusza”. Najładniejszy. Najwyższy. Kolejny najładniejszy. Taki który widać tylko z daleka i nie można podejść. Taki, który można zobaczyć z każdej strony. Kolejny najładniejszy. I tak dalej. Muszę przyznać, że było to coś niesamowitego, ale przy ich ilości z każdym kolejnym było coraz mniej emocji z nim związanych. Mimo wszystko polecam zobaczyć każdy, wybrać sobie swój ulubiony i zrobić z nim zdjęcie. Albo więcej. Polecam więcej. Choć teraz nie chce mi się tego przeglądać teraz, za jakiś czas wrócę do tego ze łzami w oczach.

 Drogo!!!!!

Już pomijając cenę biletu na samolot, noclegi, transport i skupiając się na samym jedzeniu i pamiątkach – koszmarnie drogo. Jedyne miejsce w którym ceny nas nie zgniotą to sieć sklepów Bonus, czyli taka nasza Biedronka, tyle, że tu jest duża różowa świnka z podbitym okiem. Jest taniej niż w innych miejscach i często warto nadłożyć kilometrów,żeby właśnie tu się dostać Co ciekawe jedyne co możemy znaleźć w podobnych lub nawet niższych cenach to słodycze i chipsy, nie wszystkie oczywiście, ale większość nawet na lotnisku kosztuje tyle co w przeciętnym sklepie w Polsce. Dlatego też jedyne co kupiłem na pamiątki to tran, który wszyscy tam pijają i ma jakieś dobre właściwości, a też cena była nie dużo droższa niż polskie odpowiedniki.

Na dzisiaj to wszystko, ale przemyśleń moich jeszcze nie koniec 😀

Bless bless

ZOSTAW ODPOWIEDŹ