Rok i dwa miesiące. Tyle minęło czasu od ostatniego zagranicznego weekendowego wyjazdu. Kupa czasu, a wyczekiwanie na wyjazd było o tyle trudniejsze, że pierwotnie wyjazd zaplanowany był na marzec. Plany pokrzyżowała pandemia, ale są też plusy tej sytuacji, takie jak koszty noclegu czy lepsza pogoda. Zacznijmy jednak po kolei…

Podróż

Wybór padł oczywiście na podróż samochodem, i nie ze względu na obawę przed lotami, a z uwagi na moje zamiłowanie do długi podróży samochodem. Ta podróż była jednak ewidentnie ponad siły, co sprawiło, że pierwszy dzień w Holandii był walką nie tylko z pogodą, ale  przede wszystkim ze zmęczeniem.

Wyjechaliśmy ok. 17.00 z Krakowa. W okolicach małego miasteczka Gouda wylądowaliśmy około 6 rano na dospanie godzinki w samochodzie. Mniej więcej 1200 kilometrów, po nieprzespanej nocy dzień przed wyjazdem okazało się nie lada wyzwaniem. Kilka mniejszych i kilka dłuższych przerw pomogło jednak dotrzeć na miejsce bezpiecznie i bez większych przygód.

Był jeszcze jeden ważny element podróży, któremu postanowiłem poświęcić cały kolejny wpis. Mianowicie zaszaleliśmy i postanowiliśmy wypożyczyć samochód hybrydowy, żeby sprawdzić czy faktycznie hybrydą jeździ się tak niesamowicie (lub jak twierdzi druga część ludzi – czy hybryda jest do dupy). Za dwa tygodnie wpis pojawi się na blogu! Jeżeli chcecie dowiedzieć się, czy da się osiągnąć zabójczą średnią 2,8 litrów na 100 km, to koniecznie zajrzyj po kolejny wpis!

Dzień pierwszy – piątek

To był niesamowity moment. Po czterech latach wreszcie wjechać znowu do Holandii. Mojego ukochanego miejsca na ziemi, w którym czuję się najlepiej we wszystkich aspektach.

Zmęczeni dojechaliśmy na małą stację benzynową pod Goudą – małym miasteczkiem słynącym z produkcji sera gouda. Półtorej godzinki snu i ruszyliśmy na podbój miasta.

Gouda

W myśl zasady, że na muzea jeszcze przyjdzie w życiu czas, zwiedzanie odbyliśmy pieszo, spacerując wzdłuż kanałów i wchodząc w małe urokliwe uliczki, a zaczęliśmy go od wizyty w lokalnym sklepie gdzie obowiązkowo zaopatrzyliśmy się w pierwsze tego weekendu vla i stropwaffle.

Gouda o poranku była nieco zaspana (chociaż większość holenderskich miast właśnie tak wygląda), choć urokliwy jest widok krzątających się dostawców do małych sklepików, właścicieli lokali powoli otwierających swoje witryny i zaspanych mieszkańców wyprowadzających psy na poranny spacer. 

Kinderdijk

Po miasteczku przyszedł czas na ruszenie w drogę do drugiej atrakcji przewidzianej na pierwszy dzień. Kinderdijk to zespół kilkunastu starych wiatraków zachowanych w doskonałym stanie, które w przeszłości przepompowywały wodę w celu osuszania kolejnych „wydzieranych” morzu. 

Urokliwe było to miejsce, co zobaczyć możecie na poniższych zdjęciach. Jednak prócz kilku ładnych zdjęć, spaceru z widokiem na wiatraki i chwili odpoczynku nad kanałem nie było za bardzo czego szukać na miejscu. Kolejne miejsca wzywały, dlatego spakowaliśmy się do samochodu, otworzyliśmy naste już energetyki i ruszyliśmy dalej w kierunku Amsterdamu.

Jesteśmy na miejscu

Chwilę po 14.00 dotarliśmy do hotelu, który mimo swojej lokalizacji okazał się wyjątkowo tani jak na holenderskie warunki. Mimo, że kilka minut tętniło życiem centrum Amsterdamu padliśmy jak nieżywi po podróży.

Po dwóch godzinach snu przyszło to, czego można się było spodziewać. Głód. Szybkie wyjście i… duże zaskoczenie. W większości knajpek i restauracji full ludzi, a z uwagi na pandemie w większości stoliki trzeba było rezerwować z dużym wyprzedzeniem, czego my oczywiście nie zrobiliśmy.

W grobowych nastrojach (a raczej zabójczych!) ruszyliśmy na poszukiwanie strawy. Znaleźliśmy ją w urokliwym zagłębiu fancy (sądząc po cenach w Amsterdamie chyba jednak całkiem rozsądnych) food trucków, gdzie z uwagi na brak lokalnego jedzenia zamówiliśmy pizze, która okazała się strzałem w dziesiątkę. 

Monnickendam

W końcu najedzeni wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w kierunku Monnickendamu, z którym mam ogromną ilość wspomnieć z poprzednich wyjazdów. Tam kupiliśmy trochę dobrych rzeczy i siedząc na wale nad morzem delektowaliśmy się chwilą ciszy i spokoju, której po długiej podróży tak bardzo potrzebowaliśmy.

Wieczór w Amsterdamie

Po powrocie z nad morza postanowiliśmy jeszcze na chwilę skoczyć na miasto na naszych niezawodnych hulajnogach na których okazało się, że tylko my zwiedzamy świat. 

Amsterdam wieczorem był doskonałym doświadczeniem. Wszechobecny zapach trawki, mnóstwo ludzi wylewających się z knajpek i pubów na ulicę, zamiast wprowadzić elementy niepokoju – okazał się niezwykle miłym i spokojnym doświadczeniem. 

Dzień drugi – sobota

Drugi dzień zaplanowany został jako dzień objazdowy. Rozpoczęliśmy od małej miejscowości położonej na cyplu wysuniętym w morze – Marken, gdzie na hulajnogach oczywiście, odwiedziliśmy latarnię morską.

Po Marken przyszedł czas na Edam, który sprawia wrażenie miniaturki Amsterdamu (większość Holenderskich miast na północy sprawia takie wrażenie), gdzie po małych problemach ze znalezieniem parkingu, udało nam się przejechać kolejnych kilka kilometrów na naszych jednośladach (czy tak można mówić o hulajnogach?). 

Następnie przyszedł czas na drugą stronę Holandii. Z Edamu położonego nad morzem, pojechaliśmy na drugi koniec Holandii do Callanstog, gdzie również wylądowaliśmy nad morzem. Zamówiliśmy tradycyjne holenderskie frytki, które okazały się za duże na nasze żołądki i powygrzewaliśmy się na plaży, która mimo pandemii o tej porze roku oblężona była przez rodziny z dziećmi, młode pary i rzesze młodych ludzi grających w plażowe gry popijając Heinekena.

Myśleliśmy, że to już koniec wrażeń na sobotę, ale coś mnie tknęło, żeby pojechać wzdłuż wybrzeża do parku narodowego położonego na wydmach i pośmigać tam trochę na naszych hulankach.

Pomysł okazał się z jednej strony wyśmienity, bo po drodze zobaczyliśmy kilka urokliwych miejsc, a z drugiej strony w parku nawierzchnia dróg prowadzących przez niego mocno nadszarpnęła nasze nerwy (nie dało się po niej jechać!), a później uspokoić się skutecznie nie pomogły dzikie krowy i konie blokujące drogę powrotną. 

Mimo tych przeżyć, ten krótki wypad w głąb wydm trzeba uznać za udany!

Dzień zakończyliśmy kolacją w naszym ulubionym miejscu, czyli wale położonym obok Monnikendamu, o którym wspominałem przy okazji piątku, a który położony jest niedaleko na północny-wschód od Amsterdamu.

Dzień trzeci – niedziela

Niedziela w całości przeznaczona była na Amsterdam. Z planów na odwiedzenie Rijksmuseum nic nie wyszło, bo jak się okazało bilety trzeba rezerwować ze sporym wyprzedzeniem, a honorowane w dobie koronawirusa są tylko te zakupione na konkretny dzień i godzinę przez internet.

Nie zepsuło nam to jednak nastrojów i przez kolejne kilka godzin śmigaliśmy po Amsterdamie podziwiając architekturę, wybierając najładniejsze magnesy i nie mogąc wyjść z zachwytu nad wszystkim co nas otacza.

Wszystko co dobre szybko się kończy. I w tym przypadku jest to prawdziwe stwierdzenie, bo nawet się nie obejrzeliśmy, a trzeba było zapakować się do samochodu i ruszyć w kilkunastogodzinną podróż do Polski podczas której spróbowaliśmy doskonałych smaków McFlurry na terenie Holandii (sernik z sosem truskawkowym) i nieco gorszych McFlurry jadąc przez Niemcy (brownie i Toblerone) oraz najprawdiopodobniej pogrążeni w przeżywaniu wyników wyborów zostaliśmy ustrzeleni przez jeden z licznych fotoradarów czyhających na takich gagatków na niemieckiej autostradzie…

Pozdrawiam z nad szklanki z ostatkami holenderskiego vla i do przeczytania za dwa tygodnie!

Kilka faktów na koniec

Samochód w Holandii

Mimo dopuszczalnej prędkości 120 km/h na autostradzie, w praktyce na większości autostrad obowiązuje ograniczenie 100 km/h co sprawia, że podróżowanie po Holandii samochodem jest nieco nużące, choć jest w tym coś urokliwego!

Parkowanie to wydatek nawet 7 euro za godzinę! Dlatego ja wcześniej zarezerwowałem miejsce na jednym z licznych parkingów Q-Park (dostępne w całej Holandii) i parkowanie w centrum Amsterdamu przez ponad dwie doby kosztowało mnie 45 euro.

Płatności

W ogromnej ilości miejsc w Holandii nie działają płatności polskimi kartami, a konkretniej Visa czy MasterCard. Kilka razy doprowadziło to do nieco stresującej sytuacji, tym bardziej jeżeli jedzie się bez gotówki przyzwyczajonym do wszechobecnych płatności bezgotówkowych. Nawet w największych supermarketach przyjmowanie płatności kartą Visa lub MasterCard jest niemożliwe (w największej sieci Albert Hijn zawsze w sklepie znajduje się bankomat ING co nieco ułatwia sprawę).

Najbardziej uciążliwy jest fakt, że przez koronawirusa na stacjach benzynowych za toaletę można płacić wyłącznie kartą, a kiedy twojej karty nie przyjmuje maszyna, to sytuacja robi się naprawdę nieciekawa…

Dodam, że przetestowałem karty ING, IdeaBank, Revolut i CitiHandlowy – żadna nie zadziałała w większości miejsc.

Sklepy

Ważna informacja – sklepu są otwarte w niedzielę. Było to dla mnie spore zaskoczenie, z uwagi na to, że z poprzednich wyjazdów pamiętam Holandię jako graj bardzo przestrzegający zakazu handlu w niedzielę. Do największych sklepów należy Dean i Albert Hijn. Znajdziecie również Lidla czy Spara, które możecie kojarzyć z Polski.

Jedzenie

Holandia jest ciężkim krajem pod względem kulinarnym, bo ciężko stwierdzić co jest ich narodową potrawą. Ja polecam spróbować bitterballen (kuli mięsno serowe), VLA (moja najukochańsza rzecz na świecie), czyli czegoś w rodzaju budyniu do picia oraz stropwaffli. Dodatkowo będąc na miejscu warto napić się piwa Heineken (może przy okazji wstąpić do muzeum?) i Amstel.

Koronawirus w Holandii

Holendrzy przykładają ogromną wagę do dezynfekcji. Dezynfekują faktycznie wszystko co się da (zupełnie nie jak w Polsce, gdzie w części knajp za zdezynfekowane uważa się stoliki w knajpie, których szmata nie widziała od kilku gości wstecz). Dodatkowo w Holandii nie ma absurdalnego nakazu noszenia maseczek, dzięki czemu funkcjonuje się znacznie prościej we wszelkich przestrzeniach wspólnych. 

Dla zainteresowanych – z uwagi na pandemię dzielnica czerwonych latarnii jest wyzbyta tego, dla czego znaczna część gości tam przybywa. Mówię tu o paniach stojących i kuszących swoimi wdziękami w większości witryn. Dla jednych to dobra wiadomość inni wyglądali na mocno zawiedzionych…

Do następnego wyjazdu! Tym razem w planach ciepłe kraje. Te nieco dalsze… Już się nie mogę doczekać!