Nigdy nie interesowałem się sportami motorowymi. Żużel, NASCAR, rajdy przez las, wodę, pustynię, bagno, asfalt, podwórko sąsiada znajomego pana Leszka – miałem to gdzieś. to samo tyczyło się Formuły 1, która była dla mnie sportem dla bogatych, znudzonych życiem ludzi, którzy większość czasu spędzają grając w golfa na dachu jednego ze swoich wieżowców w Las Vegas czy gdziekolwiek indziej. Za Robertem Kubicą nie przepadałem, uważając, że jak nie wygrywa tych całych wyścigów tylko trzyma się ostatnich pozycji, to czym tu się fascynować. Gdy tylko pojawiał się na reklamie stacji benzynowej przełączałem kanał jak najszybciej wybierając programy pokroju “Dlaczego ja?”, tylko po to by nie słuchać już o tym jak tankując wspieramy jego niesamowitą karierę sportową. Przecież wygrał tylko raz. Znamy przecież dużo polskich sportowców, którzy sięgali po złoto nie raz i według mnie zasłużyli sobie bardziej na wsparcie finansowe ze strony tankujących. Na szczęście na razie jedyny sposób w jakim mogę wesprzeć naszego rodaka to przejazd na rowerze obok stacji i trzymając za niego kciuki z całej siły i dziękując za każdego kierowcę, który tu się zatrzymał.

 Wszystko jednak się zmieniło. Odwróciło się o 180 stopni powodując, że stałem się absolutnym fanem tego sportu. Lubię go oglądać, grać w gry o podobnej tematyce i tak dalej. Kubicy dalej nie lubię  – to się nie zmieniło, przynajmniej do tej pory. A cała ta dziwna sytuacja za sprawą serialu o Formule na platformie Netflix, który ktoś mi polecił. Odcinki ku mojemu zaskoczeniu nie opowiadały o tym kto wygrał wyścig a kto nie, bo tu wcale nie dzieje się najwięcej. Ale co mnie najbardziej zszokowało?

 Walka o bycie kierowcą w Formule to dla mnie niezwykła sprawa. Jest ich tylko 20 na całym świecie i żaden z nich nie zamierza wpuszczać innych na swoje miejsce. Z racji tego, że każdy team wystawia po dwóch kierowców, wojna toczy się nawet wewnątrz zespołu, co doprowadza do przeróżnych trudnych i dziwnych sytuacji. Ilość stresu jaką przełykają zawodnicy, nerwy, przepychanki za kulisami, ale także na torze, powoduje, że niekoniecznie w trakcie wyścigu skupiamy się na czołówce tylko przykładowo na walce liderów zespołu Red Bull, albo bardzo emocjonalne starcie dwóch hiszpanów o status najlepszego kierowcy z kraju. Fajne jest to że w serialu poznajemy bardzo dobrze każdego z nich, przez co ten pojedynek i dla nas staje się bardzo emocjonalny. Jak i każde inne wydarzenie odbywające się wokół F1.

 Pieniądze mają gigantyczne znaczenie. Właściwie wygrywają. Pierwsze trzy teamy tak bardzo dominują nad resztą, że właściwie są dwa wyścigi – o miejsca w top 3, i o to kto do nich się najbardziej zbliży. Są też zespoły, dla których ostatnie miejsce punktowane jest gigantycznym sukcesem, jak na przykład dla zespołu Williams w tym roku. Ich budżet nie pozwala na tworzenie lepszych maszyn, które potrafiłyby cokolwiek zdziałać.

 I ostatnia rzecz jaka mnie bardzo zszokowała to wiedza jaką musi posiadać kierowca, żeby choćby dojechać do mety. Cała trasa zachowana w pamięci, każdy zakręt, uskok, prosta. W ramach ćwiczeń przed wyścigiem zdecydowana większośc z nich potrafi przejechać całą trasę na symulatorze bez otwierania oczu osiągając przyzwoite wyniki. Do tego wszystkiego temperatura powietrza, asfaltu, silnika, opony, prędkość wiatru i kierunek na większości z kluczowych zakrętów. Coś, o czym w życiu bym nie pomyślał, a ma ogromne znaczenie. 

 I już tak na koniec – ilość osób pracujących na dwóch zawodników. Są ich setki. Potrafią zmienić opony, zatankować pojazd i ewentualnie dokonać paru poprawek w bolidzie w parę sekund! To jest coś niesamowitego.

 Tak oto w ciągu 3 dni, w czasie których udało mi się obejrzeć cały serial, zmieniłem absolutnie swoje zdanie o tym sporcie i stałem się jego fanem. Obejrzeć polecam każdemu, bo jest na tyle dobrze zrobiony, że gdyby opowiadał o wyścigu traktorów w podlaskim to tym zajęciem też bym się zainteresował.


0 Komentarzy

Dodaj komentarz