Długo się zastanawiałem co napisać w dzisiejszym artykule. Z jednej strony, jeden tekst pisany raz na dwa tygodnie sprawia, że powinien być on nieco ponadczasowy, a mniej skupiać się na tym co się aktualnie u mnie dzieje. Z drugiej jednak strony mam wielką ochotę podzielenia się kilkoma moimi odkryciami ostatnich dwóch tygodni… Może to i dobrze, bo wstępnie miałem was zanudzić zawiłościami świata finansów!

Próbując to jakoś poskładać w całość, zdecydowałem się podzielić z wami dosyć ważną zmianą, którą postanowiłem wprowadzić jeżeli chodzi o moje inwestycje. Do tego dorzucę dwa zdania na temat książki, którą pisząc ten artykuł dalej czytam, ale niebawem się to zmieni, bo tak dobrej książki nie miałem jeszcze okazji trzymać w swoich rękach i stron szybko ubywa… Aż szkoda, że ma ich tylko 350… A na koniec pochwale się czymś, co może wydać się śmieszne, ale dla mnie równa się oszczędnościom idącym w setki złotych.

Zacznijmy od początku. Jeżeli nie jesteś zainteresowany inwestowaniem, możesz od razu przeskoczyć do dalszej części wpisu. Jeśli jednak masz 5 minut wolnego czasu to polecam nie przesuwać w dół.

Dojrzewanie nie jedno ma imię

Choć od kilku lat śledzę najważniejsze informacje dotyczące polskiej gospodarki i poszczególnych spółek na GPW i choć obserwuję ponad 50 osób na Twitterze od których uczę się każdego dnia więcej niż przez 4 lata na studiach, to moje inwestowanie w większości polegało na wzorowaniu się na innych. I choć uważam, że czerpanie od innych nie jest niczym złym, bo pozwala się bardzo dużo nauczyć, przy częściowo ograniczonym ryzyku wpadki, to powtarzanie ślepo transakcji jednego czy drugiego znanego inwestora to ślepa pułapka. Przecież dana osoba w końcu może przestać się dzielić swoimi transakcjami. Do tego nigdy nie wiesz po jakiej cenie weszła czy wyszła z transakcji. Te i inne sytuacje sprawiły, że pierwszy raz od ponad 4 latach od których inwestuje na giełdzie postanowiłem wszystko wziąć w swoje ręce.

Uważam, że znacznie większą radość może dać zarobienie pierwszych 10% na spółce wyszukanej osobiście i samodzielnie zaplanowanej transakcji. Więcej! Myślę, że stracenie 20% na „swojej” spółce jest dużo większą szkołą i pozwala więcej się nauczyć niż strata na transakcji skopiowanej od innego inwestora. Idąc tym tropem w ostatnim czasie udało mi się poświęcić na szukanie spółek nie 1 godzinę w tygodniu, a ponad 20. Jak je wykorzystałem?

W sumie to jest ciekawa sprawa. 

  1. Najpierw określiłem jakie spółki mnie interesują. Uznałem, że w największych spółkach za dużo jest polityki, a spółkami zaliczającymi się do 80 największych na polskiej giełdzie interesuje się za dużo ludzi. Postanowiłem znaleźć swoją „niszę” i pierwszą kategorią było wyszukanie wszystkich spółek nie zaliczających się do 80 największych. Tak. Było ich dużo. Swoją drogą to ciekawa sprawa tak zetknąć się z tymi wszystkimi maluszkami z polskiej giełdy. To jakie tam się da znaleźć kwiatki to przerasta ludzkie pojęcie. Dokładnie jak z nowego programu Abelarda Gizy – „Panieee, gdyby Pan tu pracował! Panie jakie tu się jaja dzieją”…
  2. Dobra, pierwsza część za nami. Teraz już z górki. Wybrałem wszystkie spółki, na których dzienny obrót przewyższa 10 000 złotych. Ze wszystkich została mniej niż połowa.
  3. A jak. Przyszedł czas na kolejne uszczuplenie listy. Założyłem sobie, że chciałbym znaleźć 5 spółek, które mnie interesują i 5 które warto mieć na oku. Czyli z kilkuset powinienem zdecydować się tylko na 10. Kolejnym parametrem wybranym przeze mnie był wzrost przychodów rok do roku, zysku i ogólna poprawa sytuacji spółki. 
  4. Po tym ostatnim, bardzo wąskim lejku, udało mi się wyklarować dokładnie 10 spółek, które uważam, że zasługują na moją uwagę.

Co dalej?

Dalej przyszedł czas na czytanie ostatnich raportów, szukanie perspektyw i dobrych momentów wejścia w poszczególne spółki i czekanie na efekty. Mam nadzieję, że te z + na początku. Trzymajcie kciuki! Wygląda na to, że powoli dojrzewam. Nie tylko mentalnie ale i w takich sprawach jak inwestowanie co uważam za duży krok do przodu w tej kwestii! 

Najlepsza książka jaką czytałem w życiu

Zanudziłem? To dobrze! Zostali najwytrwalsi. Albo nikt nie został. Też fajnie. Mówię Wam, lubię sobie tak czasami popisać trzy po trzy sam dla siebie. Frajda nie z tej ziemi! A jeżeli jednak jesteś ze mną dalej to przejdźmy do książki. „Niskobudżetowy startup” Chrisa Guillebeau to zdecydowanie najlepsza pozycja jaką miałem okazję czytać w życiu. Do pisania tej książki, autor przeanalizował (oczywiście za zgodą i współpracą właścicieli) kilkaset przedsiębiorstw, które zostały założone za mniej niż 1000$ i które rocznie przynoszą ponad 30 000$ przychodów. Rozumiecie? To tylko 1000$, a i tak większość przypadków udowadnia, że da się osiągnąć jeszcze większe przychody z wkładem mniejszym niż 50$. 

Setki historii o nietypowych momentach zakładania firm (podczas wsiadania do samolotu), niesamowite rozwiązania sprawiające, że klienci nie tylko płacą za produkt, ale za całą otoczkę produktu. Przykład? Kobieta szyjąca suknie ślubne i robiąca dekoracje do niektórych zamówień dokłada swoją ulubioną książkę z osobistą adnotacją… Czytam i mam zeszyt pełen pomysłów na biznesy (jeden jest w drodze, trzymajcie kciuki!) oraz na rozwiązania, które chciałbym w tych przedsięwzięciach wprowadzać. Czytając mam wrażenie jakby to była jakaś inna rzeczywistość…jak z bajki. A to jest ten sam świat! Kurczę… Nawet nie wiem jak opisać moje podekscytowanie tą książką. Fantastyczne jest to, że nie jest to jakieś kołczowanie i mentorowanie na siłę jak to bez nóg można być mistrzem świata, tylko jest to studium przypadku oparte na konkretnych istniejących przypadkach! BOMBA!

Jak oszczędziłem kilkaset złotych

No i na koniec. W jednym z poprzednich wpisów wspominałem, że mieszkanie samemu nauczyło mnie, że nagle zwraca się uwagę na to ile wody zużywamy. Każdy litr to kilka groszy, a jak się okazuje te kilka groszy nawet przy małym zużyciu mogą doprowadzić do ponad 1000 zł dopłaty za pół roku! Nie, nie robię sobie jaj. Jako, że po ostatniej takiej sytuacji postanowiłem w swoim życiu wprowadzić kilka zmian związanych z oszczędzaniem wody, udało mi się ograniczyć zużycie ciepłej wody o 5,65 m/3, zimnej wody o 2 m/3, a GJ potrzebnych na ogrzanie mieszkania o 11 500, w stosunku do poprzedniego półrocza. Spoko, nie musicie podzielać mojego podekscytowania, ważne, że mój portfel bije mi teraz brawo! 🙂

Dziwny ten wpis. Taki chaotyczny trochę. Ale tak jak chaotyczny tak samo ważny dla mnie. Mam nadzieję, że kogoś natchnąłem albo daj Boże zainteresowałem moimi wypocinami!