Chyba większości ludzi chociaż raz w życiu przez głowę przeszła myśl w stylu „O jakby było wygodnie być na diecie pudełkowej”. Jeszcze bardziej prawdopodobna jest druga myśl, która pojawia się zaraz po przejrzeniu oferty różnych firm, a mianowicie „O rany, jakie to jest drogie!”.

Dla zaspokojenia własnej ciekawości, postanowiłem jednak spróbować. Uargumentowałem sobie to na wiele sposobów, co w przypadku szczególnie kosztownych wydatków jest praktyką dosyć częstą. Powiem więcej, przez jedno popołudnie, wierzyłem, że dieta pudełkowa to najlepsza rzecz na świecie, najbardziej opłacalna i jaki ja byłem głupi, że tak długo zwlekałem z jej zakupem.

Możecie już wyczuć pewną stronniczość tego wpisu. Delikatnie przebija się widmo zbliżającej się masakry tego typu żywienia. Ale zanim do niej przejdziemy, spróbujmy ponownie sobie uargumentować zakup diety pudełkowej.

Argumenty za:

  • Oszczędność czasu (głównie zakupy i gotowanie)
  • Oszczędność energii (brak gotowania i paliwa w drodze do sklepu)
  • Różnorodne jedzenie i potrawy których często byśmy sobie nie zrobili, a które mają rację bytu tylko w przypadku gotowania dla większej ilości osób (mieszkając samemu, ciężko kupić sobie 10 drogich składników, których zużyjemy odrobinę, żeby raz w życiu zrobić sobie jakąś wypasioną potrawę.
  • 3000 kalorii i zdrowe przybieranie na masie

To w zasadzie tyle (choć jak zabierałem się za pisanie, wydawało mi się, że argumentów jest znacznie więcej… człowiek to jednak potrafi się okłamać jak czegoś bardzo chce spróbować.

Pierwsze dni jednak okazały się naprawdę niesamowicie pozytywne. Różnorodne jedzenie, brak marnowania czasu na gotowanie. W zasadzie wstawałem od kompa, ruszałem do lodówki skąd wyjmowałem jedzenie i wracałem do kompa pracować. Do tego żadnych zakupów, milionów odpadków po gotowaniu i praktycznie zero zmywania. Żyć nie umierać.

Do czasu.

A w zasadzie sielanka skończyła się po pierwszych pięciu dniach, kiedy to przyszedł weekend i okazało się, że trzeba ugotować coś samemu. Brak produktów w mieszkaniu, lenistwo wynikające z wyjścia z wprawy kucharskiej połączone z kupowaniem rzeczy na weekend, których w weekend nie dawało się rady przejeść rozpoczęło festiwal narzekań. I myślę, że tutaj możemy zacząć się rozprawiać z kolejnymi argumentami, które pierwotnie były na „tak”, a ostatecznie okazały się być na siłę wymyślonym usprawiedliwieniem zakupu.

Po kolei.

Oszczędność czasu

Może i dzięki diecie oszczędziłem nieco czasu. Nie musiałem gotować i jeździć na zakupy. Okazuje się jednak, że po co człowiekowi taka oszczędność czasu, kiedy zamiast spędzić czas na kreatywnym gotowaniu, jedyne co robi to wraca do pracy? W końcu życie nie polega tylko na pracy, a właśnie w taki stan wprowadziła mnie dieta pudełkowa… Dodatkowo kwestia czasu na zakupy… Okazuje się, że lubię robić zakupy. Wejść do Lidla, pojechać na bazar. Wybrać to co się lubi i wiedzieć z czego się gotuje. Po prostu mi tego brakowało i „odarcie” jedzenia z tego z pozoru uciążliwego procesu zakupów, nie jest wcale niczym fajnym!

Oszczędność energii

Tutaj krótko. Oszczędziłem całe 16 zł na prądzie w miesiącu. To był ewidentnie słaby argument…

Różnorodne jedzenie

Tylko co mi z różnorodnego jedzenia, które mi nie smakuje? Gotując w domu mam w 100% kontrolę nad tym co jem. Raz kurczaczek, raz ziemniaczek. A tutaj? Na śniadanie jajka (nienawidzę), omlet z warzywami (jeszcze gorzej) potem zupa pieczarkowa (jeszcze jeszcze gorzej). Czasem trafiało się dobre ciasto lub shake, ale w zdecydowanej większości jedzenie mi po prostu nie smakowało… I fajnie jeść przez miesiąc potrawy, które w zasadzie ani razu się nie powtarzają, ale jak jeden posiłek dziennie trafiał w moje gusta to już troszkę przesada.

Poza tym wracając do jajek na śniadanie. Pal sześć, że nie lubię. Może bym się jeszcze przemęczył i zjadł gdybym sam je zrobił chwilę przed jedzeniem. Ale świadomość, że te jajka sadzone były zrobione dobrych kilkanaście godzin wcześniej… no ja cię dziękuję…

3000 kalorii

Fajnie. Ale co mi z kalorii jeżeli nie odzwierciedlały one w ogóle stanu faktycznego? A przynajmniej etykiety na posiłkach były mylone, a shake mimo braku tłuszczu miał więcej kalorii od śniadania, w którym tłuszczów było kilkadziesiąt gram więcej? Ciężko jakoś mi zaufać tym wyliczeniom. Brak konsekwencji w etykietach połączony z przejedzeniem (naprawdę miałem momenty kiedy marzyłem, żeby poczuć jak to jest być głodnym) i poczuciem, że jem niezdrowo i tyję nie działały na korzyść diety pudełkowej…

Dodam, że w kolejnych tygodniach przeszedłem na opcję 2500 kalorii, która tylko pogłębiła moje przypuszczenia, że porcje nakładane są „losowo” bez jakichkolwiek wyliczeń kalorycznych.

Podsumowanie

Cieszę się, że spróbowałem. Że przez miesiąc bolał mnie brzuch. Że nażarłem się miliona posiłków na zimno. Że spróbowałem krewetek w ilości jakiej zjada je miłośnik owoców morza (tylko ja w jednym posiłku). Że spróbowałem zaufać tym, którzy robią te posiłki, a koniec końców dotarło do mnie, że to w dalszym ciągu jest biznes i liczy się, żeby produkty kupić jak najtaniej, a sprzedać jak najdrożej.

Cieszę się, że otworzyłem oczy. Że dzięki diecie pudełkowej zobaczyłem jak różnorodnie, dobrze i tanio można gotować w domu. Gdyby nie inwestycja w tą drogą „fanaberię”, pewnie w dalszym ciągu wracałbym do niej marzeniami i walczył z myślami typu „kupić/nie kupić”.

Na koniec chciałbym zaznaczyć, że są to moje subiektywne odczucia po kilku tygodniach testowania diety pudełkowej. Wierzę, że część z Was ma lepsze doświadczenia i zazdroszczę jeżeli tak jest 🙂


0 Komentarzy

Dodaj komentarz