Kolejny dzień zmagania się z brakiem pomysłu na artykuł okazał się  być przełomem i to takim, którego w żadnym stopniu się nie spodziewałem. Zaczęło się niewinnie – rutyna jak od dłuższego czasu, nauka, praca w ogrodzie, jakieś granie. Kiedy dostałem propozycję spaceru na łąki z psem nad naszą wieś. Tuż przed wyjściem zostaliśmy zatrzymani przez sąsiada, który ostrzegł nas, że będzie ścinane drzewo tuż obok i lepiej żebyśmy uważali.

 Po pierwsze nie jedno drzewo, tylko dwa, albo w sumie trzy, ale nie zdziwiłbym się jakby to były cztery. Bo tak blisko siebie stały. Drzew trochę szkoda, ale nie one będą tu głównymi bohaterami. Panowie zabrali się do roboty w iście profesjonalnym stylu. Jeden z nich oparł sobie drabinę o drzewo i bez żadnej asekuracji wspiął się na całkiem pokaźną wysokość, by ręką łamać pomniejsze gałęzie, co ciekawe sam wspiął się na jedną z nich, ktora o dziwo nie złamała się w przeciwieństwie do reszty z nich. Szczęściarz. W tym czasie dwóch innych panów zajmowało się dawaniem mu jakiś arcyważnych znaków, koniecznie poprzedzonych słowem na k. Szybciutko przeszli do samego ścinania drzewa.

 Z każdej strony dookoła były pomnijesze domki, szałasy, ale oni wyglądali jakby mieli plan. Co więcej – mieli sznur, którym planowali przeciągnąć drzewo aby upadło w dobrą stronę. Sprytnie. Poszło cięcie.

 Wszyscy żyją, chociaż jeden z drwali stał prawie dokładnie pod spadającym drzewem, ale widocznie byli na tyl doświadczeni, by wiedzieć, że spadająca roślina oprze się o swoic sąsiadów. Łatwo. Tylko teraz, żeby ściągnąć to, należy pościnać resztę. Sprytne. I to też się udało, mimo tego, że ostatnim cięciem spowodowali upadek obu drzew idealnie między wszystkie budynki z wielkim łomotem. Widząc to, bo oczywiście z naszego tarasu obserwowaliśmy całe to ciekawe zajście, muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem, ale jestem też przekonany, że było niezykle blisko jakiejś katastrofy, chociaż jeden z panów skfitował tę sytuację słowami – ‘Tak miało k. być!’. I już nie mam żadnych wątpliwości, że od początku tak planowali.

 I tu myślałem, że będzie koniec przygód, ale nie. Dzień był dla mnie niezwykle obfitujący jeżeli chodzi o różne wydarzenia. Po całej tej sytuacji udało się wyjść na spacer na te łąki, chociaż przynam, że przez ilość emocji i rozkimn, czy to nie w nasz dom przypadkiem nie trafi to piękne drzewo, prawie o nim zapomniałem. Bardzo ciepły dzień, słoneczne niebo, usiedliśmy na szczycie wzgórka i patrzyliśmy jak pies biega we wszystkie strony starając się wytarzać w każdą napotkąną śmierdzącą stertkę. I wszystko odbyłoby się bez emocji, gdyby nie to, że zobaczyliśmy dym niedaleko od nas, a nie widzieliśmy, żeby ktokolwiek tutaj prócz nas był.

 Trochę niepewnie, ale podeszliśmy do tego miejsca, obawiając się co tam może nas spotkać, ale co tam może być, a im bliżej takiej sytuacji tym jak dobrze wiemy – wyobraźnia lepiej działa. Nikogo nie było, ale rzeczywiście coś się paliło. I to co tam zobaczyliśmy trochę mną wstrząsnęło. W rowie przy łące pozostały resztki paleniska które nadal się rozprzestrzeniało, a ktoś zostawił je absolutnie bez nadzoru. Kolejną dziwną sprawą było to, że ktoś spalił tam śmieci. To, że na wsi ludzie palą w piecach różnym syfem to wiem, ale to mogą sobie jeszcze niby tłumaczyć, że chociaż cieplej w domu czy coś, chociaż i tak wiemy, że to beznadziejna sprawa. Tylko co musi kierować człowiekiem, który wywozi i pali śmieci na łące? Nie jestem w stanie znaleźć sensownej odpowiedzi, choćbym bardzo chciał. Już pomijając to, że prawdopodobnie zostały tam spalone jakieś mniej lub bardziej ważne dokumenty, ktoś ułożył ścieżkę z łatwopalnych gałązek, które prowadziły w głąb pola. I tu po dłuższych rozważaniach doszliśmy do wniosku, że najprościej w świecie jakiś Mieciu starał się spalić trawę na łące. I to jest straszne, tym bardziej, że dookoła jest wszędzie bardzo sucho i nikt nie jest w stanie przewidzieć jak to się dalej rozprzestrzeni. I kolejna sprawa. Jeżeli jest już komuś tak pilno do palenia łąk, to dlaczego, ale na prawdę dlaczego, w momencie kiedy z łatwością można podpalić wszystko, ktoś na rozpałkę użył hurtowej ilości plastiku, baterii, opakowań po kosmetykach i tym podobnych?

baterie…

 Udało nam się ugasić ognisko do końca i rozprowadzić gałązki tak, aby dalej się to nie rozprzestrzeniało, ale jest to przyznam mega smutne doświadczenie wiedząc, że to jest jedno z wielu takich działań jakie są teraz podejmowane w całej Polsce z mniejszym lub większym przyzwoleniem mieszkańców. Bo przecież ludzie na wsi znają się wszyscy, wiedzą które pole jest czyje, także nie wierzę w sytuację, w której nikt nie wie kto stoi za takimi idiotycznymi sytuacjami kreując je rok po roku.

🙁



0 Komentarzy

Dodaj komentarz