To mój kolejny mały pierwszy raz. Może to śmieszne, ale pomimo dziesiątek wyjazdów zagranice w życiu, to była moja pierwsza podróż „na własna rękę”. Bez rodziców, wszystko musiałem sam ogarnąć, a przede wszystkim… musiałem zacząć gadać po angielsku! W dzisiejszym wpisie spostrzeżenia, ciekawe miejsca, zdjęcia i dużo konkretów! 

Ci co czytają tego bloga, wiedzą już, że mimo czytania i słuchania po angielsku, cały czas bałem się przełamać i zacząć gadać w tym języku. Ten wyjazd prócz wielu niezwykłych chwil i miejsc, które miałem okazje odwiedzić, w moim życiu zapisze się jako ten pierwszy raz, kiedy tak na serio musiałem użyć w końcu języka i zacząć gadać. Zaznaczam to tutaj i wspomnę o tym szerzej w dalszej części wpisu. Wybaczcie, ale ten weekend to dla mnie nie tylko 72 wspaniałe godziny, ale także ogromny krok w kontekście przyszłych podróży czy decyzji!

Z racji tego, że lubię czytać w internecie konkrety, dziś także chciałbym się dokładnie takimi z Wami podzielić. Prócz fajnych miejsc i kilku spostrzeżeń, na końcu znajdziecie dokładne podsumowanie finansowe całego wyjazdu. Coś czego brakowało mi gdy przygotowywałem się do tego weekendu, a myśle, że nie jedna osoba właśnie takich informacji szuka. 

Dzień 1: Brno

Dystans: 8,5km

Po kilkugodzinnej podróży z Krakowa (to naprawdę nie jest daleko) i szybkim zameldowaniu na miejscu ruszyliśmy na miasto. Na ten moment moje odczucia są zaskakujące (nie widziałem jeszcze wtedy Wiednia). Piękne kamienice, mnóstwo mniejszych i większych malowniczych uliczek, a do tego czysto. Zaskakująco czysto. Z racji tego, że charakter wyjazdu był bardziej włóczęgowy niż bazujący na płatnych atrakcjach typu muzea, udało się przejść na wszystkie strony prawie całe malownicze centrum. Nie było czasu i ochoty na zapuszczanie się w okolice sławnej romskiej dzielnicy czy innych części miasta. Z tego co się zdążyłem jednak zorientować, to poza granicami starówki, miasto już przestaje być malownicze, a staje się jednym z tych miast, z których ma się ochotę szybko zwiewać. 

Warto też dodać słowo o jedzeniu. Tanio, a nawet bardzo tanio. Na obiad polecam Potrefena Husa. 2x knedliki (a przynajmniej ja to tak nazywam), 2x duże piwo, frytki belgijskie i wypiekany na miejscu precel piwny kosztowały niecałe 500 koron.

Na śniadanie całkiem sympatycznie było w PODNIK Cafe, jednak dobre wrażenie zostało zamazane, kiedy po zjedzeniu jajka przypomniałem sobie, że jestem na nie uczulony… Kawa znakomita!

Dzień 2: Brno/Wessenkirche/Wiedeń

Dystans: 12,6km

Dzień zaczęliśmy spacerem i śniadaniem w Brnie, później postanowiłem w drodze do Wiednia zboczyć z autostrady i zerknąć i upewnić się, że malownicze miasteczka nad Dunajem są w rzeczywistości takie malownicze. I miasteczka i Dunaj i wszechobecne winnice mnie nie zawiodły. Wybór padł na miasteczko Weissenkirchen. Lepiej wybrać nie mogłem. Pogrążone w ciszy uliczki, bez reklam i szpetnych szyldów z pięknym kościółkiem i winnicami na wzgórzu (zerknijcie na zdjęcia). Choć na dłuższą metę chyba bym takiej grobowej ciszy nie wytrzymał. Z resztą, w trakcie pobytu w miasteczku złapałem głupawkę i za punkt honoru postawiłem sobie, że rozpogodzę troszkę atmosferę! 🙂

Dzień zakończył się spacerem po Wiedniu nocą. Tutaj brak słów. Byłem już w wielu miejscach na świecie, ale drugiego takiego jak Wiedeń chyba nie widziałem!

Dzień 3: Wiedeń

Dystans: 15,2km

No i ostatni dzień. Pobudka o 7 i dziewięć godzin zwiedzania zanim przyjdzie wracać do Polski. Największe zaskoczenie? Ilość urokliwych miejsc. Przed przyjazdem zakładałem, że do zwiedzenia mamy jakąś staróweczkę i to na tyle. Okazało się jednak, że przeszliśmy ponad 15 km i cały czas przechodziliśmy z jednej przepięknej uliczki w drugą, potem w trzecią itd. W zasadzie zwiedzanie polegało na zbaczaniu z obranej drogi w coraz to kolejne ulice, których po prostu nie można było pominąć! Wiedeń to bezwarunkowy must have do odwiedzenia w Europie! Wybaczcie, że piszę skrótowo i bez wielkich szczegółów. Tak też wyglądało moje zwiedzanie. Może nie skrótowo, ale prócz kilku punktów orientacyjnych takich jak pałac Hofburgów, Katedra św Szczepana, Opera Wiedeńska, ratusz, Museumsquartier czy Palmiarnia Schönbrunn, moje zwiedzanie polegało na włóczędze ulicami.

Co do cen. Drogo, ale nie spodziewałem się, że będzie inaczej. W ramach szaleństwa wybrałem się na najlepszego sznycla z których słynie Wiedeń (według internetu i Foursquare), czyli do Figlmuller. Powiem tylko: było warto przyoszczędzić na śniadaniu. A sznycel był wielkości średniej pizzy! Cena: 16,90 euro.

Kilka zdań o języku 

Zawsze myślałem, że żeby wyjechać zagranice, trzeba płynnie i bardzo elokwentnie umieć wypowiadać się na wszystkie możliwe tematy. Teraz już wiem, że nie. Dotychczas to co mnie najbardziej stresowało i powstrzymywało przed podróżowaniem, to właśnie fakt, że musiałbym zacząć rozmawiać po angielsku. I tu przeżyłem wielki szok. Okazało się, że nikt nie pytał mnie o sytuacje polityczna w Polsce, że nikt nie próbował dowiedzieć się jakie mam plany na przyszłość. Ba! Nikt nawet nie pytał się czym się interesuje. Teraz już wiem, że żeby podróżować wystarcza naprawdę podstawowe umiejętności (oczywiście trzeba uczyć się języka, ale nigdy już nie wkręce sobie, że żeby podróżować, trzeba znać go na wysokim poziomie!). Krótka rozmowa w hotelu, zamawianie posiłku, rozwiązywanie problemów, kupowanie biletów – wystarczył jeden weekend, żeby czynności z kategorii „to niemożliwe” stały się czymś najbanalniejszym na świecie. A najlepsze jest to, że jak się pomylisz, to co się stanie? Jasne, że nic! Szkoda, że dopiero w tym wieku udało mi się to „ogarnąć”. 

Dlaczego o tym pisze i dlaczego jest to dla mnie takie ważne? Bo pierwszy raz w życiu mam wrażenie że świat stoi przede mną otworem. Że teraz nie ma pytania „czy jechać” tylko „gdzie jechać”. Pozostaje kupić mapę zdrapkę i zacząć myśleć o kolejnych podróżach! 

Finanse

Żebyśmy się zrozumieli: chciałbym zaznaczyć, że wszystko da się zrobić taniej - wiem o tym. I hotel zarezerwować taniej, i lecieć samolotem zamiast samochodem jechać. Że na parkingach można przyoszczędzić i, że na jedzeniu da się zaoszczędzić. Potraktujcie moje podsumowanie jako pewnego rodzaju odniesienie, a nie najtańszą opcję wyjazdu. Dzięki.
Podsumowanie bierze pod uwagę 2 osoby i zawiera tylko główne wydatki (bez pamiątek, zakupów w sklepach spożywczych itd.)

Zanim przejdziemy do konkretów. REVOLUT. Nie jest to płatna reklama, ale Revolut jest obowiązkowy na wszystkie wyjazdy zagranice. Przez cały wyjazd nie skorzystałem ani razu z gotówki, a dzięki tej aplikacji + karcie w każdej chwili miałem dostęp do wszystkich potrzebnych walut w cenie znacznie tańszej nic w kantorze, a do tego nie zostałem na koniec podróży z niepotrzebną walutą. Sztos. Dodatkowo cieszę się, bo ponad połowę wyjazdu udało się sfinansować z kasy zaoszczędzonej dzięki Smart Saver (czyli zaokrąglaniu kwot do całości przy płaceniu kartą, które są przelewane na osobne konto oszczędnościowe).

Samochód 

  • paliwo – 398,74 zł
  • winiety – 139 zł
  • parking Brno 17€ = 73,58 zł
  • parking Wiedeń 15€ = 64,93 zł

= 676,25 zł

Nocleg

  • hotel Brno – 211 zł
  • hotel Wiedeń – 263 zł

= 474 zł

Atrakcje

  • jedyna atrakcja za, którą zapłaciłem – wieża w Brnie – 23,63 zł

= 23,63 zł

Jedzenie

Brno
  • Potrefena Husa – 500 kC = 84 zł
  • PODNIK – 295 kC = 49,60 zł

= 134 zł 

Wiedeń
  • Figlmuller – 48,90€ = 211,60 zł

= 211,60 zł

RAZEM: 1518,88 zł


0 Komentarzy

Dodaj komentarz