Bristol

Byłem tu na wakacjach przez dwa tygodnie. Prawie trzy. No takie dwa i pół, a właściwie to dwa tygodnie i cztery siódme czyli w sumie jakieś 28 dni. Chyba. Nie pamiętam dokładnie, ale pamiętam że to było mało. Dużo za mało żeby nacieszyć się tym miejscem i panującą tu atmosferą i żeby poznać wszystkie fascynujące miejsca, znaleźć każdą polską Żabkę, czy zacząć rozumieć bardzo ładny ale dziwny akcent ludzi, którzy tu mieszkają.

Najlepsze jest to, że gdybym miał powiedzieć co robiłem przez ten czas to wcale nie było tego tak dużo. Grałem dużo w tenisa w miejskim parku korzystając z darmowych boisk dostępnych dla każdego, patrząc jak starsi ludzie od rana do wieczora grają i trenują w bule przed sobotnimi zawodami w których zmierzą się z innym klubem seniora. Przyznam szczerze – nieźli byli. Oprócz tego chodziłem też biegać na całkiem zielone wzgórze w prawie samym centrum miasta, gdzie dobiegałem ślicznymi uliczkami, przy których stały dostojne jednorodzinne kamienice.

Będąc setki kilometrów od domu i tak zdarzało mi się często spotkać z polskim językiem na ulicach, a szczególnie z najbardziej tradycyjnym polskim kur… które dobiegało gdzieś z budowy, czy boiska gdzie starsi grali w tak zwanej “Sunday league”, czyli lidze piłkarskiej dla amatorów.

Atrakcje

W Bristolu można pójść na moim zdaniem na najładniejszy most na świecie, nad gigantyczną przepaścią, gdzie w dole z tarasu widokowego można zobaczyć dwie nitki, brązową i szarą, czyli rzekę Avon i drogę szybkiego ruchu. W tym miejscu też powstają najładniejsze zdjęcia z Bristol International Balloon Fiesta, kiedy to nad naszymi głowami spokojnie unosi się masa kolorowych, dużych balonów, które nie wiem czy nie mają tak samo, jak nie lepszego widoku z góry niż turyści z powierzchni ziemi.

Ale jest jeszcze jedna rzecz która chyba najbardziej zostanie mi w głowie. O dziwo nie jest to także Bristol Harbour Festival, czyli wielka zabawa w porcie, na którą zjeżdża się mam wrażenie cały kraj jak długi i szeroki, ale nie dziwię się bo atmosfera jest niebywała. Fajne wystawy, gry, zabawy, super statki, każdy znajdzie coś dla siebie. No i oczywiście jedzenie. Dużo jedzenia. A najlepsze z tego wszystkiego coś czego w Polsce jeszcze nie spotkałem,czyli….

 

Precle z cukrem i cynamonem

Na środku ulicy, która prowadzi prosto z galerii nad brzeg rzeki, stoi mała niepozorna budka. I trzeba ją ominąć i przejść jeszcze kilka metrów, bo to nie kebab nas interesuje, ale coś słodkiego. Też małą budka, ale przyciągająca nieco więcej ludzi niż konkurencja sprzedająca wołowinę w tortilli. Albo bułce. Ale to nie o tym mowa, dlatego kończę już temat jedzenia, na które mam chyba ochotę codziennie i o każdej porze.

Precle były nieziemskie. Nie takie jak krakowskie, były z miękkiego ciasta, jeszcze gorące, bo wyjęte prosto z pieca i obsypane zdrową warstwą cukru i cynamonu. Trzeba trochę poczekać, bo zjedzenie za szybko powoduje, że z gorąca tracimy czucie w języku. Wiem co mówię, nigdy nie potrafiłem wyczekać aż nieco się ostudzi. Nie jestem w stanie opisać jak to smakowało, wiem jednak, że jest to coś nie do podrobienia. Na szczęście prawie codziennie pracowała tam Polka, dlatego trudności z zamawianiem nie miałem.

Co do pieczenia ostatnio starałem stworzyć ten przysmak sam w domu. Pomysł super. Najpierw tydzień zbierałem się, żeby znaleźć jakiś fajny przepis, potem parę dni nie chciało mi się odwiedzić sklepu, żeby kupić składniki. W końcu się zebrałem, kupiłem co trzeba i właściwie w tym miejscu skończyły się rzeczy, które mi wychodziły. Dlaczego? Ano dlatego, że zacząłem piec. Marzyłem o smaku z Anglii, Bristolu, a wyszło mi nieco inaczej. Dam sobie rękę uciąć, że robiłem wszystko krok po kroku zgodnie z przepisem, ale wątpię, że jego twórczyni zależało na upieczenie paru kamieni nie przypominających w niczym precli, obsypanych cynamonem i cukrem, który od razu zsypał się z tego czegoś i generalnie po skończeniu mojego działania na blaszce można było zobaczyć parę niełamliwych brązowych czegosiów i wszędzie dookoła cynamon zmieszany z cukrem.

Chyba na razie daruję sobie bycia masterchefem i wrócę do robienia tego co robię najlepiej, czegoś co zawsze mi wychodzi – zupek chińskich.


0 Komentarzy

Dodaj komentarz