Miał być artykuł o projekcie, który postaram się zrobić na blogu, w którym będę się realizował ale lipa – nie będzie.

 A czemu?

 No dlatego, że są właśnie takie dni jak ten. Wszystko zapowiada się cudownie, aż chce się pracować i działać. I wtedy powoli na drodze pojawiają się jakieś małe drobiazgi, detale, które powodują, że powoli, coraz szybciej humor zmienia się o 180% i traci się i chęci i siłę na robienie czegokolwiek. I właśnie tak miałem dziś. Słońce, góry, gorąco – nic tylko się ruszyć. Plan na dzień – wstać, zjeść, msza, zjeść, sprzątnąć kuchnię, zmontować film i napisać artykuł.

 Mogłem spać ile chciałem, ale no jak zawsze w takich sytuacjach obudzić musiałem się około 6 rano. No nic, działamy dalej. Szybkie śniadanie, tu na szczęście prócz kanapki, która wylądowała masłem na krześle nic się nie stało, dlatego szybko przeskoczmy do następnego punktu.

Poszedłem na mszę w Kotschach (Austria), gdzie wszystko szło super, do czasu kiedy nadeszła pani z koszyczkiem na tacę. Pani, lat około 80, szybkim i zdecydowanym krokiem szła w moją stronę, a że siedziałem sam w ławce sytuacja stała się niezręczna. Ja – oczywiście zapomniałem wziąć z domu jakieś euro na tacę kontra miejscowa pani i cały kościół wpatrzony we mnie. Grzecznie pokazałem, że niestety nie mam przy sobie nic, zostałem odprawiony paroma słówkami po niemiecku i oczywiście wieloma zniesmaczonymi spojrzeniami. Doskonale wiem, że mogło to znaczyć nawet nic się nie stało, ale moja wyobraźnia robiła swoje.

Przejdźmy dalej do gwoździa programu.

A jeszcze w międzyczasie tost który zrobiłem na drugie śniadanie wylądował w garnku zalanym wodą, co także nieco mnie zasmuciło.

Sprzątanie kuchni? Żaden problem. Chyba, że próbujesz zamieść śmieci na szufelkę, której końcówka jest tak wygięta, że ledwo co da się wcisnąć na nią jakieś okruszki, przez co spędziłem dobrych parę minut walcząc i goniąc wszystkie pozostałe kurze po całym mieszkaniu.

 I w końcu – nadszedł czas na montaż filmu. Uczę się nowego programu, także zakładałem, że nie będzie łatwo. Na początku wszystko szło dobrze, muzyka, ujęcia powoli zaczynało to jakoś wyglądać. I wtedyyyyy, naglleeeeee, z nikąąądddd – okazało się, że jak staram się usunąć fragment ujęcia, wtedy wszystkie pliki audio i wideo zamieniają się miejscami w niezrozumiały dla mnie sposób. No nic, cofamy ruch i szukamy rozwiązania. Sprawdzam opcje, coś czytam, przeglądam poradnik – podejście 2. To samo. Powoli, bo to już ponad pół godziny zabawy, zaczyna mi się psuć humor. Powolutku. Rozwiążę ten problem na bank, i reszta pójdzie łatwo.

Próbuję 2 raz,

Próbuję 3 raz,

Próbuję 4 raz,

Próbuję 5 raz,

Chyba coś działa! Zadowolony z siebie wciskam przycisk delete i znika cały projekt. Reakcji nie trzeba opisywać, ale nie chciałem rezygnować. Postanowiłem, że zrobię film – to zrobię.

No to montuję od nowa.

Błąd z usuwaniem się powtarza, dlatego ja też się powtarzam próbując raz po raz różne rozwiązania.

Próbuję 6 raz,

Próbuję 6 raz,

Próbuję 7 raz,

Już jestem tak bardzo poirytowany, że nie zwracam uwagi na dwie 6 powtarzające się powyżej. Staram się jakoś zmotywować, ale wszystkie próby ponowienia działań nie przynoszą skutku. Po ułożonych puzzlach, które rzekomo miały wprowadzić lepszy nastrój wziąłem się do roboty.

Próbuję 8 raz

Próbu…

Nie no już nie próbuję. To był już ten moment kiedy odłożyłem dzisiejszą “pracę”, zapisałem,  na szczęście ta funkcja działała, zamknąłem program, komputer i zacząłem zmieniać zmywarkę, co nie wiem czemu, dawało mi niezwykłą satysfakcję i poczucie spełnienia. To jest chyba to co chciałbym robić w życiu.

Ale nie zawsze, bo czasem mi się po prostu nie chce 😛

Próbuję 352 raz….

Próbuję 353 raz ….

Kategorie: Życie

Dodaj komentarz